http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Młoda Polska B bez kompleksów

Michał Stangret
2010-02-25, ostatnia aktualizacja 2010-02-25 21:18

- To normalne, że są biedniejsze i bogatsze rejony kraju. Nie ma sensu histeryzować, że wciąż mamy Polskę B. Najważniejsze, że pochodzący stąd młodzi ludzie nie mają już tego kompleksu w głowach - mówi dr hab. Marzanna Poniatowicz z Uniwersytetu w Białymstoku

Wizualizacja przygotowana przez ludzi z Forum Rozwoju Olsztyna - tramwaj skręcający w ul. Dąbrowszczaków, którą młodzi chcą udostępnić nowej komunikacji
Wizualizacja przygotowana przez ludzi z Forum Rozwoju Olsztyna - tramwaj...
ZOBACZ TAKŻE
>> Gustaw, kot z nadwagą...

Wschodnie rejony kraju rozwijają się wolniej, nie mają dobrych dróg ani infrastruktury, inwestorzy się tam nie garną, a młodzi uciekają do metropolii. Od kilku tygodni dyskutujemy z ekspertami i czytelnikami, czy i w jaki sposób należy wspierać rozwój tzw. Polski B. Dziś spojrzenie naukowca z tamtych rejonów.

Co zrobi Polska B, gdy wyschnie unijne źródełko?

Z dr hab. Marzanną Poniatowicz z Katedry Polityki Regionalnej i Gospodarki Przestrzennej Wydziału Ekonomii i Zarządzania Uniwersytetu w Białymstoku rozmawia Michał Stangret.

Po 20 latach wolnej Polski wciąż nie ma pomysłu jak sprawić, by Polska B dobiła do reszty kraju. Może ekonomiści z uczelni wyższych w Polsce B mają na to pomysł?

- Słyszałam, że jesteśmy nawet Polską D. Taką nazwę ukuli ekonomiści z Instytutu Badań Nad Gospodarką Rynkową, przyznając ścianie wschodniej najniższą w kraju atrakcyjność dla zagranicznych inwestorów. Jako przedstawiciel regionu nie mogę powiedzieć, że się cieszę. Ale jako ekonomistka muszę przyznać, że podział na obszary szybko i wolniej rozwijające się, z których te pierwsze zasysają np. tanią, zmotywowaną do pracy i najbardziej kreatywną siłę roboczą - są czymś naturalnym. Z punktu widzenia ekonomicznej efektywności rozwoju całego kraju bardziej opłaca się, jeśli zainwestujemy dziś X milionów w szybko rozwijającym się rejonie niż w Polsce B.

Mówi pani tak jak doradcy premiera, którzy raporcie "Polska 2030", wyznaczającym priorytety rozwojowe kraju, piszą, że wystarczy umożliwić rozwój największym aglomeracjom, a one pociągną mniejsze ośrodki. Jak biedni mogliby zyskać na bogaceniu się bogatych?

- Już dziś Warszawa i inne bogate samorządy łożą ogromne pieniądze na subwencje dla rejonów biedniejszych. Im szybciej będą się rozwijać, tym więcej włożą do tego koszyka. Bogacący się ludzie z metropolii szybciej dostrzegą zalety słabiej rozwijających się rejonów: takie jak natura, świeże powietrze, mniej stresujący tryb życia. Przyjadą tu odpocząć, może na starość się osiedlą.

Ale jak to się ma do polityki Unii Europejskiej, która chce niwelować różnice, dając fundusze bezpośrednio słabszym regionom?

- Ponad 70 proc. funduszy strukturalnych idzie w Polsce właśnie na ten cel. Ściana wschodnia dzięki temu zyskuje nowe drogi, infrastrukturę, kanalizację. Jesteśmy jednym wielkim placem budowy. Jednak te inwestycje dadzą zysk dopiero w dłuższym terminie i w połączeniu z rozwojem reszty kraju. Na razie różnice w dochodach ludzi w Polsce A i B po wejściu do UE wcale się nie zmniejszyły, a odpływ młodych z Polski B trwa. Czas byśmy zrozumieli, że to normalne. Nie ma sensu z tym walczyć. We Włoszech jeszcze długo będzie podział na bogatą północ i biedne południe.

"Gazeta Wyborcza" zaalarmowała, że Ministerstwo Rozwoju Regionalnego musiało odebrać 80 mln zł unijnych dotacji samorządom z Polski B (m.in. Krosno, Jasło, Międzyrzec Podlaski, powiat rzeszowski). Miały dzięki nim przygotować tereny pod inwestycje, jednak straciły pieniądze z powodu błędów w dokumentacji albo opóźnień w wykupie gruntów. Jak samorządy mogły sobie pozwolić na taką stratę?

- Polska B to także kultura organizacji. Na tych terenach często jej brakuje. To się wiąże z opieszałością niektórych włodarzy. Widzę też zagrożenia w odwrotnym zjawisku. Na wielu samorządowców unijny pieniądz działa już narkotycznie, większość wysiłków nakierowują tylko na to, jak go pozyskać. To niebezpieczne zawężenie się do logiki "brać, bo unia daje". Jak źródełko wyschnie, może się okazać, że samorządy pozostaną bez dochodów, bo zaniedbały pracę nad pomysłami na region, na to, czy ma żyć z turystyki czy z usług.

Z czego ma się rozwijać ściana wschodnia?

- Dlaczego nie z turystyki? Każdy samorząd może sam znaleźć swoją drogę.

Może mieszkańców Polski B hamują kompleksy?

- Wciąż je widzę, ale to dotyczy osób starszych. Z młodymi jest inaczej. Są mobilni, twórczy. Chętnie wyjeżdżają, czy to do Warszawy czy na Zachód, by wdrażać swoje pomysły. Choć nie wierzę, by tu szybko wrócili.

Z listów do "Metra"

Bez Unii i uniwersytetu Olsztyn by leżał
Jedynym sprawcą rozwoju Olsztyna jest chyba uniwersytet. To UWM buduje własny szpital (na bazie starego szpitala wojskowego), rozbudowuje swoje obiekty, stawia nowy duży basen. Miasto też buduje basen, jednak nie rekreacyjny, ale olimpijski. Zwykli mieszkańcy raczej z niego nie skorzystają. Wcześniej miejska spółka, która miała zbudować aquapark, zbankrutowała i przepadła kasa podatników. A jakby odciąć fundusze unijne, to w Olsztynie nie budowałoby się nic. Władze tkwią w marazmie, partie wystawiają tu do wyborów swoją trzecią ligę.
Problemem jest źle zorganizowana i jedna z najwolniejszych w Polsce komunikacja miejska. W 2013 r. mamy przesiąść się do tramwajów, ale nie sądzę by poprawiło to jakość życia. Ktoś "mądry" zaprojektował trasę tak, że do centrum i z powrotem tramwaje będą jechać na jednym torze, podobnie wygląda trasa do miasteczka akademickiego.
Stagnacji winni są również pracodawcy. Choć wiele zakładów i firm prosperuje bardzo dobrze, to nikt nie chce dać ludziom zarobić, a magiczne słowo kryzys powtarzane jest jak mantra. Jeśli ktoś ma umowę o pracę, to jest prawdziwym szczęściarzem. Takim jak ja. Tyle że dostaję raptem 1600 zł (pracuję jako laborant medyczny) na rękę i nie mam szansy na to, by kupić mieszkanie, założyć rodzinę itp.
Paweł

Mniejszy nie znaczy gorszy
Pochodzę z Ostrowca Świętokrzyskiego, obecnie mieszkam w Trójmieście i nie czuję, by było tu bardziej niebezpiecznie czy brudno niż w małym mieście. Minusem zaś są ceny w metropoliach. Za 1,2 tys. mogłem utrzymać się w rodzinnym mieście, na Pomorzu 2 tys. nie wystarcza. A małe miasta też mogą przyczyniać się do rozwoju gospodarczego kraju, przykładem jest huta w Ostrowcu, która ma jedną z większych produkcji w kraju. Mniejszy nie znaczy gorszy albo mniej rozwinięty. Więc powinniśmy nawzajem się wspierać.
Paweł

>> Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów