>>
Gustaw, kot z nadwagą... Pan Tomasz Broszkowski z Bytomia był zarejestrowany w tamtejszym urzędzie pracy. Od półtora miesiąca czekał na jakąś ofertę, a bardzo mu zależało na zatrudnieniu, bo lada dzień na świat miała przyjść jego córka - chciał mieć pewność, że utrzyma powiększającą się rodzinę. Choć z wykształcenia jest elektromechanikiem samochodowym, chętnie przyjął skierowanie do firmy Dover, zajmującej się remontami i wykończeniami.
- Jakieś przeczucie tknęło mnie, kiedy dotarłem pod adres wskazany w skierowaniu - Dworcowa 10 w Bytomiu. Okazało się, że to brama, w której firma organizuje zbiórki chętnych do pracy - opowiada rozgoryczony. Stąd pojechali prosto na budowę. - Wszyscy trafiliśmy na ul. Strzelców Bytomskich, gdzie firma jako podwykonawca remontuje hotele robotnicze - relacjonuje mężczyzna. Tutaj przyszli pracownicy usłyszeli warunki: tysiąc złotych za każdy wyremontowany pokój, na odnowienie czekało ok. 70 pomieszczeń. - Niektórzy od razu zrezygnowali. Inni się zgodzili, w tym niestety ja.
Co parę dni na budowę trafiało w ten sposób po kilku, kilkunastu pracowników. Przy remoncie jednego pokoju pracowały dwie-trzy osoby. - W miesiącu rozpoczęliśmy remont ośmiu pomieszczeń - skuwaliśmy tynki, zrywaliśmy podłogi. To logiczne, że tak właśnie się robi - te same prace w kilku pomieszczeniach naraz - mówi pan Tomasz.
Ale tym sposobem wpadli w pułapkę umowy - nie skończyli żadnego z pokoi, mogą więc zapomnieć o pieniądzach. - Nie wspomnę o tym, że nie widzieliśmy na oczy żadnych umów - żali się mężczyzna. Tymczasem szef firmy Maciej Kazieczko problemu nie widzi. - Ja zaręczam, że w tej chwili każdy, kto pracuje na tej budowie, ma co robić - zapewnia. Nie potrafi powiedzieć, ile dokładnie zatrudnia osób. - U nas jest bardzo duża rotacja. Ale nie z powodu wynagrodzeń, tylko kradzieży. Ja terminowo wypłacam wynagrodzenia - twierdzi.
Robotnicy sprawę zgłosili w urzędzie pracy w Bytomiu, z którego dostali skierowania do tej firmy. - Natychmiast usunęliśmy ofertę Dover. Bezskutecznie prosiłem szefa tej firmy o jakieś wyjaśnienia. W kółko słyszałem: przyjdę, wyjaśnię. I się nie doczekałem - mówi Mirosław Krawiec, kierownik działu pośrednictwa pracy. Sprawa została więc zgłoszona do Okręgowej Inspekcji Pracy w Katowicach. - Na szczęście Dover nie dostał od nas żadnych pieniędzy za stworzenie miejsca pracy bezrobotnemu - dodaje Krawiec. Twierdzi, że byłoby inaczej, gdyby mogli sprawdzać firmy. Tymczasem takie uprawnienia ma tylko Inspekcja.
Podobnie postąpił PUP w Chorzowie. Także z tego urzędu kierowano bezrobotnych do pracy w tej firmie. - Dostaliśmy skargę i dokładnie w środę także poinformowaliśmy o tym PIP - dodaje Joanna Broncel, kierownik działu pośrednictwa pracy PUP Chorzów.
Inspektorzy mają jeszcze niespełna miesiąc (30 dni od daty zgłoszenia), by pojawić się w firmie.
- Zupełnie nie wiem, co PIP miałby tu kontrolować. Ja oferuję ludziom uczciwe warunki - umowa o pracę ze stałą pensją plus akord - zapewnia Maciej Kazieczko.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl