>>
Gustaw, kot z nadwagą... "Biały szczyt", który odbył się dwa lata temu, miał być przede wszystkim próbą szerokiego dialogu. Przy wspólnym stole zasiedli więc nie tylko przedstawiciele rządu i związków zawodowych, lecz także organizacji pacjentów i samorządów. W ciągu niemal dwumiesięcznego szczytu protesty stopniowo wygasały. - Deklaruję, że biorę odpowiedzialność za wszystkie decyzje, które będę podejmowała, i które będą zależeć tylko ode mnie - mówiła wtedy minister zdrowia Ewa Kopacz.
Najważniejsze ustalenia szczytu to: wzrost nakładów publicznych na służbę zdrowia do poziomu 6 proc. PKB, zgoda na przekształcanie ZOZ-ów w spółki (ale na zasadzie dobrowolności i działających nie dla zysku), niewielkie dopłaty pacjentów do niektórych świadczeń, możliwość ominięcia kolejki do operacji czy badania za pieniądze pacjenta, koszyk świadczeń gwarantowanych, prywatne ubezpieczenia, składki zdrowotne od rolników i gwarancje wzrostu wynagrodzeń białego personelu.
Które z tych planów w ciągu minionych dwóch lat udało się zrealizować? Więcej zarabiają lekarze. Niestety, światowy kryzys przełożył się na znacznie mniejsze dochody NFZ, bo wpływy ze składek zmalały o 2 mld złotych. Co do przekształcenia ZOZ-ów w spółki, to minister Kopacz stworzyła stosowne ustawy i nawet przeszły one przez Sejm, tyle że zawetował je prezydent. Resort zdrowia wprowadza więc w życie tzw. plan B, czyli dobrowolne przekształcenia w zamian za pomoc samorządowi w oddłużeniu szpitala. Natomiast reforma składek rolniczych zakładająca ich urealnienie jest w powijakach. Zdaniem Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia, rząd nawet nie próbował wprowadzić w życie ustaleń „białego szczytu", ale krytykowanie go teraz za to jest już elementem kampanii wyborczej. Podobne wnioski płynęły z debaty „Dwa lata po «białym szczycie »”, która w miniony piątek odbyła się pod egidą prezydenta w Belwederze.
Minister Ewa Kopacz wciąż deklaruje chęć wcielania w życie ustaleń szczytu. Projekt wprowadzający dodatkowe dobrowolne ubezpieczenia zdrowotne znajdzie się w nowym pakiecie ustaw przygotowywanych przez ministerstwo, ale szefowa resortu nie chciała zdradzić żadnych szczegółów.
U mnie nie ma długów Rozmowa z Renatą Jażdż-Zaleską, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Niepublicznych Szpitali Samorządowych, uczestniczką piątkowej debaty u prezydenta Anita Karwowska: Jak pani ocenia wartość zorganizowanego przez prezydenta spotkania? - Wystąpienia zaproszonych gości były bardzo pesymistyczne, a do tego bez próby znalezienia skutecznych sposobów przeciwdziałania kryzysowi służby zdrowia. Większość mówiła z perspektywy interesów swoich elitarnych grup, nie pacjenta.
Ja miałam wrażenie, że wszyscy przyznają się do porażki. - Dlatego tego typu spotkania miałyby większą wartość, gdyby ich uczestnicy nie próbowali załatwiać swoich zawodowych interesów, ale zaczęli myśleć o pacjencie i o tym, jak ułatwić mu dostęp do leczenia.
Co przede wszystkim należałoby zrobić? - Z perspektywy mojego województwa [opolskiego], w którym służba zdrowia działa sprawnie, wiem, że są pewne mechanizmy, które to zwiększają. Od lat działa u nas rejestr usług medycznych, lepiej kontrolujemy wydatki, szpitale działają w przejrzysty sposób. NFZ wie doskonale, ilu pacjentów z województwa i ilu z zewnątrz zostało przyjętych, policzone są procedury medyczne, za które płaci Fundusz. Nie ma długów, bez przeszkód powstają niepubliczne szpitale [spółki], których 100-procentowym właścicielem jest samorząd, a pacjenci leczeni są w ramach składki.
Ale szefowa związku zawodowego pielęgniarek Dorota Gardias twierdzi, że po przekształceniu szpitala w spółkę 40 proc. pielęgniarek traci pracę albo dostaje gorsze umowy. - Zupełnie nie zgadzam się z tymi wyliczeniami. W niepublicznym szpitalu, którym zarządzam w Kluczborku, wszystkie pielęgniarki zatrudnione są na stałe umowy, mają niezłe pensje. Prezydent wspominał o potrzebie przejrzystości w służbie zdrowia. Zapewniam panią, że właśnie formuła niepublicznego szpitala gwarantuje taką przejrzystość. Publiczne lecznice od lat wpadają w długi. Nasz nie ma z tym problemu.
Jednak prezydent kilkakrotnie zaznaczył swoją niechęć wobec urynkowienia usług medycznych, twierdząc, że może to prowadzić do nierówności pacjentów. - W służbie zdrowia nie da się oczywiście wprowadzić mechanizmów rynkowych identycznych jak te, które regulują gospodarkę. Ale można pozwolić na funkcjonowanie różnym podmiotom, czyli właśnie szpitalom publicznym i niepublicznym. Można dać pacjentowi wybór, gdzie chce się leczyć, można dać mu różne dodatkowe ubezpieczenia. Czy to utrudnienie dostępu?
Krzysztof Bukiel z OZZL postulował, by znieść szpitalne limity. To realne? - Jeżeli mówimy o tym, że pieniądze bez ograniczenia mają iść za pacjentem, to nie ma na to żadnych szans. Przecież płatnik dysponuje tym, co dostanie z naszych składek. Więcej nie ma, kto miałby więc szpitalowi zapłacić? Możemy jednak myśleć o tym, by to sam menadżer lecznicy mógł decydować, jak rozłoży te pieniądze między oddziały i poradnie. Jeśli okaże się, że nagle gwałtownie rośnie liczba pacjentów na internie, a są pustki na chirurgii, to powinien mieć swobodę przesunięcia finansowania bez ubiegania się o zgodę NFZ.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl