>>
Chcesz mieć kota? Sprawdź, jak wygląda kocia wyprawka Obama obiecał reformę zdrowotną jeszcze w kampanii wyborczej. Losy ustawy zdrowotnej do ostatniej chwili nie były pewne. Ostatecznie za jej przyjęciem zagłosowało 219 kongresmenów, przeciw było 212. Reformę okrzyknięto największym sukcesem Obamy. Zapewnić ma ona ubezpieczenie zdrowotne ponad 30 milionom Amerykanów, którzy go do tej pory nie mieli. Chodzi m.in. o młodych i zdrowych obywateli, niemających kłopotów ze zdrowiem. Ale przede wszystkim o osoby z tzw. niższej klasy średniej, czyli takie, które najczęściej pracowały na własny rachunek, a zarabiały od kilkunastu do 40 tys. dolarów rocznie. Zwykle nie było ich stać na składki (wynoszą 400 dol. od osoby, a 1000 dolarów za składkę rodzinną). Amerykanie o najniższych dochodach (poniżej 55 tys. dolarów na rodzinę rocznie) na wykup polisy będą otrzymać subwencję z budżetu - do 94 proc. kosztów ubezpieczenia.
Ustawa gwarantuje też, że firmy ubezpieczeniowe nie będą mogły, jak to się dzieje obecnie, odmówić ubezpieczenia osobom przewlekle chorym czy cofnąć ubezpieczenia w wypadku zachorowania. Nie będą też mogły odmówić zwrotu kosztów leczenia pod byle pretekstami, bo zasady te będą ściśle uregulowane.
Przeciwnicy zmian - m.in. wszyscy republikańscy członkowie Kongresu (ale też 33 demokratów) i zwykli Amerykanie mówią, że dotychczasowe zasady opieki zdrowotnej się sprawdziły. 70 proc. obywateli USA ubezpieczenie zapewnia pracodawca. Najbiedniejsi i emeryci są ubezpieczeni na koszt państwa z funduszów federalnych. Krytycy zmian obawiają się, że nowe przepisy spowodują wzrost podatków i sprawiają, że o tym, co było do tej pory dobrowolne, będzie teraz decydowało państwo.
Ustawę w grudniu przyjął już Senat, gdzie demokraci mają większość. Wczoraj izba wyższa wprowadziła do ustawy poprawki, aby całość była zgodna z projektem Izby Reprezentantów. Dziś Barack Obama najpewniej ją podpisze.
Nikt nie umierał na ulicy Z prof. Jarosławem Fedorowskim z Akademii Leona Koźmińskiego, byłym wykładowcą University of Vermont, College of Medicine, rozmawia Jacek Różalski
Co się działo z 30 milionami nieubezpieczonych do tej pory Amerykanów? Gdy któryś z nich trafiał do szpitala ze złamaną nogą, to słyszał - jak nie ma polisy, to nie ma leczenia? - Nie jest prawdą, że najpierw lekarze sprawdzali kartę kredytową, a dopiero później pomagali. Przepisy federalne mówią, że każdy szpital musi udzielić pomocy w sytuacji, gdy pacjentowi grozi utrata życia lub zdrowia. A każdy lekarz ma obowiązek zrobić wszystko, żeby takiego człowieka ratować.
Taki pacjent wraca w końcu do zdrowia i...? - Dostaje od szpitala rachunek do zapłacenia.
A gdy nie ma pieniędzy, bo od lat jest bezrobotny? - Wtedy szpital zaliczał taką usługę na konto tzw. strat biznesowych, a pacjent trafiał, o ile wcześniej tam nie był, do systemu Medicaid, w którym są zarejestrowani najbiedniejsi. Emeryci są zarejestrowani w systemie Medicare. Koszty leczenia pokrywa wtedy budżet federalny.
Czyli nikt w Stanach nie umierał na ulicy? Po co w takim razie tyle szumu wokół reformy zdrowia? - Oczywiście, że nikomu potrzebującemu żaden szpital nie odmawiał pomocy. Jednak osoby nieubezpieczone były pozbawione badań profilaktycznych, np. cytologii, kolonoskopii, mammografii czy badań cholesterolu. Szły na badania dopiero wtedy, gdy coś je zaczynało boleć albo choroba była już zaawansowana. Gdy chodziło o leczenie drobnych dolegliwości, płaciły gotówką. Na poważniejsze leczenie brały kredyt. Gdy w grę wchodziła operacja za powiedzmy 40-50 tys. dolarów, a nie miały tyle, ogłaszały bankructwo i trafiały do systemu Medicaid. Teraz będą musiały się ubezpieczyć.
Kto najbardziej zyska na reformie? - Największym beneficjentem nowego systemy będą ludzie o niskich zarobkach (między kilkunastoma a 40 tys. dolarów), ale już nieklasyfikujący się do systemu Medicaid, oraz drobni przedsiębiorcy, którym na ubezpieczenia szkoda było pieniędzy. Reforma sprawi też, że firmy ubezpieczeniowe nie będą już mogły np. podnosić składek, gdy u pacjenta wystąpi pogorszenie zdrowia lub przedłużać w nieskończoność wypłacanie odszkodowań.
Musiałam zapłacić 8 tys. dol. za cesarskie cięcie Maria Deptuła, mieszka w stanie New Jersey, pracuje w bibliotece w Berkeley College
- Dwie trzecie mojego ubezpieczenia opłaca pracodawca. Jedną trzecią muszą opłacić sama. Nasza rodzinna polisa opiewa na tysiąc dolarów miesięcznie, wraz z mężem musimy dopłacać 300 dolarów. Jednak nawet ta forma ubezpieczenia nie oznacza, że mam już pokryte 100 proc. kosztów opieki medycznej. W zależności od ubezpieczyciela pokrywa on np. 80-90 proc. całości kosztów usług medycznych. Gdy ostatnio miałam infekcję, za wizytę u lekarza i tak musiałam zapłacić 30 dolarów. Za badania krwi zapłaciłam kolejne 40 dolarów, a lekarstwa kosztowały mnie kolejne 100 dolarów. Gdy kilkanaście lat temu urodziłam bliźniaki, rachunek za cesarskie cięcie i pobyt w szpitalu wyniósł 80 tys. dolarów, musiałam z własnej kieszeni wydać 8 tys.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl