http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Oddam w dobre ręce

Jacek Różalski
2010-03-23, ostatnia aktualizacja 2010-03-23 20:16

Jeśli Polak ma się już rozstać z niepotrzebnym rupieciem, to podrzuci go rodzinie, i to tak, żeby nie obrazić. Niechętnie odda biednemu, prędzej zostawi przy śmietniku

>> Gustaw, kot z nadwagą...

Nawet jeśli w piwnicy szafki i komódki sięgają sufitu, a z pawlacza lecą na głowę stare książki, czapki i buty, to jakoś trudno się z nimi rozstać. Nie umieją, nie wiedzą, jak i komu można przekazać nieużywane, ale wciąż dobre meble, odzież, sprzęt AGD lub książki. Trudno w to uwierzyć, bo w Polsce istnieją już setki lumpeksów. W dodatku, o ile w 2002 r. 66 proc. osób deklarowało, że niczego tam nie kupuje, o tyle w ubiegłym roku było ich już 58 proc. Rzeczy sprzedawane w second-handach najczęściej tonami zwozi się z państw starej Unii. W 2008 r. sprowadzono 84 tys. ton odzieży używanej, głównie z Wielkiej Brytanii, Norwegii i Niemiec. Wyspecjalizowane firmy sprowadzają też używane, ale sprawne sprzęty domowe, wystawiane przez Niemców albo Holendrów wprost na ulice. Wystarczy tylko wiedzieć, w który dzień i w jakim mieście się to odbywa. Później w Polsce dwa fotele i kanapę można kupić już za 150-250 zł. Krzesło z lat 60. kosztuje od 30 do 50 zł. Do Polski ściąga się stare kuchenki, lodówki, rowery i telewizory. A co się dzieje z naszymi rzeczami?

Zamiast ciuchów były śmieci

Z badań CBOS wynika, że 41 proc. z nas zbędne rzeczy oddaje rodzinie i znajomym (ale już nie sąsiadowi), choć w porównaniu z 2001 r. liczba ta zmniejszyła się o pięć punktów proc. Co czwarty Polak deklaruje, że nieużywane sprzęty oddaje potrzebującym. Ale specjaliści mają wątpliwości, czy tak się dzieje naprawdę. Za to dwukrotnie wzrosła liczba Polaków, którzy sprawne jeszcze przedmioty po prostu wyrzucają na śmietnik.

A jeszcze kilka lat temu 44 proc. z nas wrzucało ubrania do specjalnych pojemników PCK, wystawionych na ulicach. - Zrezygnowaliśmy z nich półtora roku temu. Po pierwsze dlatego, że firma, które je miała opróżniać, zbyt rzadko to robiła. Poza tym ludzie wrzucali tam brudne, do niczego nienadające się już szmaty lub po prostu domowe śmieci - mówi Małgorzata Szukała z działu promocji PCK. Teraz używane rzeczy trzeba do oddziałów PCK przynieść osobiście. Nie każdemu się chce, a jak już ktoś chciałby coś oddać, to napotyka inne problemy.

- Chciałem oddać łóżeczko po swoich dzieciach. Zadzwoniłem do dwóch Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej, ale w obu odesłano mnie gdzie indziej. Dzwoniłem kilka razy, ale bez skutku. W efekcie łóżeczko wciąż stoi na balkonie - opowiada Michał, dziennikarz stołecznej gazety.

- Nie mogę się przemóc do wyrzucania książek lub dobrych butów do pojemnika na śmieci. Dlaczego, tak jak w USA czy Wielkiej Brytanii, u nas nie można organizować tzw. sprzedaży garażowej, czyli osiedlowych pchlich targów, na których można by się pozbyć nadmiaru niepotrzebnych rzeczy? - pyta retorycznie Andrzej Konieczny, młody architekt z warszawskiego Ursynowa.

Porcelanę, widelce... oddam za grosze

Źródłem problemów z przekazaniem lub zorganizowaniem w Polsce wymiany używanych rzeczy jest kilka. - Ludzie wciąż się tego wstydzą. Nawet ci, którzy się dobrze znają. Dający boi się, że naruszy godność obdarowywanego, a ten krępuje się powiedzieć wprost, że czegoś potrzebuje - twierdzi prof. Tadeusz Popławski, socjolog z Politechniki Białostockiej.

Wojna i komuna przerwały tradycję przekazywania rodzinnych pamiątek z pokolenia na pokolenie. Nowe mieszkania urządza się nowymi rzeczami. Nie ma też zwyczaju wystawiania niepotrzebnych przedmiotów przed domy.

Na szczęście są przykłady pozytywne. W dużych miastach organizuje się coraz częściej tzw. swap party. - Pomysł zorganizowania spotkania, na którym ludzie mogą się wymieniać używanymi ciuchami, butami lub książkami, podpowiedziała mi siostra, która mieszka w USA. Pierwsze odbyło się 2,5 roku temu. Przyszło ok. 50 pań. Teraz przychodzą też panowie, a imprezy są organizowane co kwartał - mówi Ewa Żmuda-Jankowska, właścicielka Cafe Carmel, firmy zajmującej się kreowaniem wizerunku kobiet.

Za to Dorota d`Erceville-Miedzybłocka ze Stowarzyszenia Samorządny Rembertów w maju ubiegłego roku po raz pierwszy zorganizowała sąsiedzki targ. - Na początek swoje rzeczy przynieśli członkowie stowarzyszenia. Były ubrania, bibeloty, porcelana, zegary. Ceny od 50 groszy do kilkudziesięciu złotych. Ostatni targ odbył się 20 marca w Domu Kultury "Rembertów". Przyszło kilkadziesiąt osób, ale tym razem też z innych dzielnic. Chcemy to robić cyklicznie. Jeśli będzie pogoda, to pod gołym niebem.

>> Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Źródło: Dziennik Metro
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

  • polecam Graty z chaty seren.dipity 24.03.10, 22:23

    gratyzchaty.pl/index.phpwiosna, czas na porządki, lepiej oddać potrzebującemu, niż zastanawiać się co z tym zrobić;)»