Stanowczy dla oprawcy zwierząt był Sąd Okręgowy w Kielcach. Prawomocnie skazał Anglika Stephena D., który od 2005 r. prowadził z Polką Ewą K. hodowlę koni w Świętokrzyskiem, w okolicy miasta Końskie. Oboje zostali oskarżeni przez prokuraturę o stosowanie bestialskich metod hodowli.
Niech koń sobie radzi Oboje nazwali to "systemem naturalnym". Zamiast trzymać konie w stajni i wypuszczać je tylko na popas, wypuścili je na łąkę, na której pasły się przez okrągły rok. Dzięki temu zwierzęta miały być wytrzymałe i odporne, żeby wygrywać wyścigi.
Metoda taka jest dopuszczalna, ale hodowca musi zapewnić zwierzętom ochronę przed złą pogodą. Nie może im też brakować wody i pokarmu. W tej hodowli jednak tak nie było - Stephen D. i Ewa K. kompletnie nie interesowali się wypuszczonymi na łąkę końmi. Anglik tłumaczył przed sądem, że zwierzęta mają być całkiem niezależne od pomocy człowieka. Np. zimą same muszą wykopywać sobie pokarm spod śniegu.
W efekcie konie chudły i zdychały z osłabienia i głodu. Z wycieńczenia padło siedem sztuk. Koniom pomogła Karina Schwerzler z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, która nagłośniła to, co się kryje za "metodami naturalnymi". Sprawą zainteresował się burmistrz Końskich i powiatowy inspektor weterynarii. - Nie spotkałem się wcześniej z tak okrutnym traktowaniem zwierząt - opowiadał Krzysztof Obratański, burmistrz Końskich. W 2006 r. konie odebrano właścicielom.
Nie przyjedzie? Będzie poszukiwany Proces trwał kilka lat. Sąd rejonowy w Końskich najpierw wymierzył Polce i Brytyjczykowi kary więzienia w zawieszeniu, kilkuletnie zakazy prowadzenia hodowli oraz orzekł przepadek koni. Wczoraj jednak sąd wyższej instancji w Kielcach zaostrzył karę dla Brytyjczyka. Sędzia Alina Bojara surowszy wyrok uzasadniała następująco: - Konie były tak osłabione, że nie broniły się przed śmiercią. Kładły się i umierały.
Sądu nie przekonały tłumaczenia o metodach naturalnych. Anglik nie wykazał też skruchy, czuł się ofiarą spisku obrońców zwierząt, prokuratury i sądu.
Skazanego nie było wczoraj w sądzie, bo wrócił do Wielkiej Brytanii. Teraz sąd wezwie go do odbycia kary w więzieniu. Jeśli Stephen D. się nie stawi, wymiar sprawiedliwości wystawi nawet europejski nakaz aresztowania winnego.
Coś w sądach pęka Podobnie surowe wyroki bezwzględnego więzienia za męczenie i zabijanie zwierząt ciągle są rzadkością, choć jest ich coraz więcej. W 2007 r. wyroków więzienia było 217, ale prawie wszystkie w zawieszeniu. Tylko 10 osób trafiło za kratki.
- Jednak nareszcie coś w sądach pęka. Dostrzegają, że zwierzę jak człowiek cierpi ból, czuje głód, pali je pragnienie - komentuje Mateusz Janda ze Straży dla Zwierząt. Ale o maksymalnej karze dwóch lat więzienia jeszcze nie słyszał. - Wczorajszy wyrok jest jednym z wyższych. Najczęściej jest to pół roku, osiem miesięcy więzienia - podkreśla Janda. Np. pół roku odsiadki dostała osoba z Wałbrzycha, która wyrzuciła psa przez okno, osiem miesięcy wymierzył sąd w Szczecinie za powieszenie kota, podobną karę usłyszał ojciec, który na oczach dziecka utopił kota w rzece. "Metro" opisywało sprawę mężczyzny ze wsi spod Świecia, który zmasakrował kota za to, że zwierzę załatwiło się na tapczanie. Walił kotem o ścianę, kopał go, w końcu zarąbał siekierą. Sąd wycenił to na pół roku więzienia.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl