>>
Kiedy pies choruje - czytaj na Cafe Animal Z Piotrem Nieznańskim, kierownikiem Działu Ochrony Przyrody WWF Polska, rozmawia Katarzyna Zacharska Jak inne kraje Unii Europejskiej zabezpieczają się przed powodzią? - Inwestują w działania nietechniczne: ostrzeganie, prewencję, sporządzanie map ryzyka powodzi. Oczywiście zabezpieczają najważniejsze miejsca - miasta i obszary zabudowane - oddając jednocześnie rzekom przestrzeń na terenie mniej zabudowanym. Przede wszystkim jednak szanują i doceniają rolę naturalnej retencji, odtwarzają zabrane rzekom tereny zalewowe przez odsuwanie wałów od rzek. Torfowiska, oczka wodne, lasy i mokre łąki stale chronią przed powodzią - odchodzi się od ciągłego podwyższania wałów i budowy sztucznych zbiorników. W Polsce istnieją gminy, które niszczą np. torfowiska, a chcą budować zbiorniki retencyjne. To marnowanie publicznych pieniędzy ze szkodą dla człowieka i przyrody.
Jakie unijne przepisy regulują ochronę przeciwpowodziową? - Dyrektywa o zarządzaniu ryzykiem powodzi. Mówi o tym, że należy się odpowiednio przygotowywać, tak by minimalizować straty. M.in. przygotowując i udostępniając mieszkańcom mapy terenów zalewowych oraz informując ludzi o ryzyku. Należy stosować to w Polsce. Na tablicy u wejścia do urzędu gminy powinna wisieć mapa terenów zalewowych, tak by każdy, kto chce np. kupić ziemię, był świadomy ryzyka. Zgodnie z tą dyrektywą należy ograniczać zabudowę terenów zalewowych oraz odtwarzać naturalną retencję.
Czy te przepisy obowiązują w Polsce? - Dyrektywa powodziowa nie została jeszcze przetransponowana do polskiego prawa, chociaż weszła w życie w 2007 r. Niestety, ślimaczy się nowelizacja prawa wodnego.
Jak to, co robi Polska, ma się do tego, co robią inne kraje UE? - Polska realizuje przestarzały system ochrony przeciwpowodziowej, w oparciu o rozwiązania techniczne typu podwyższanie istniejących wałów i budowa zbiorników retencyjnych. Podwyższanie wałów daje poczucie złudnego bezpieczeństwa i zachęca do zabudowywania sąsiadujących z nimi terenów. Część nietechniczna ochrony przeciwpowodziowej, czyli analizy i przygotowywanie map ryzyka oraz udostępnianie ich, nie jest u nas realizowana. Za wdrażanie przepisów dotyczących gospodarowania wodami w Polsce odpowiada według prawa Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej.
Dlaczego tak się dzieje? - Ograniczanie ryzyka powodzi wymaga mało widocznej, "nudnej" pracy - nie zbija się na tym kapitału politycznego. Łatwiej podwyższyć wał, zbudować zbiornik i przeciąć na nim wstęgę. W Polsce gospodarowanie wodami jest w rękach hydrotechników starego pokolenia, którym trudno zrozumieć, że środowisko jest elementem ochrony przeciwpowodziowej. Przy tym brak akceptacji faktu, że hydrotechnika jest tylko małym elementem w tym całym systemie. Wymagania UE są zbyt rewolucyjne dla tej branży.
Co więc należałoby robić z takim obszarem, jak wrocławski Kozanów, który jest już zamieszkałym terenem zagrożenia powodziowego? - Tereny już zamieszkałe należy chronić i zabezpieczać. Priorytetem jest ochrona życia ludzi i ich dobytku. Ale tam, gdzie jest taka możliwość, należy pozwalać rzece swobodnie płynąć. W Polsce, niestety, często chronione przez wały są łąki i lasy.
Co pan sądzi o przygotowywanym przez PO projekcie specustawy, która miałaby pomóc wywłaszczać zalewowe grunty? Zgodnie z nią samorządy musiałyby zdobywać w regionalnych zarządach gospodarki wodnej akceptację dla tworzonych planów zagospodarowywania. - Specustawa, która powstaje na fali powodzi, nie wróży dobrze. Potrzeba tu przemyślanego, możliwego do realizacji działania, uwzględniającego głosy wielu środowisk. W Polsce brakuje merytorycznej dyskusji o powodzi - mówi się o niej wtedy, gdy podnosi się poziom wód.
Przez cały czas słychać, że nie ma pieniędzy na ochronę przed powodzią. - Warto się przyjrzeć, na co wydawane są publiczne pieniądze w tzw. programach przeciwpowodziowych. Niektóre nie tylko nie chronią przed powodzią, lecz jeszcze wzmagają jej ryzyko. W ramach realizowanego obecnie "Programu dla Odry 2006" za ok. 800 mln zł budowany jest np. stopień wodny na potrzeby żeglugi i energetyki. Nie ma to nic wspólnego z ochroną przeciwpowodziową. Program ten chwali się uregulowaniem już 600 km rzek, a regulacja jest uważana na całym świecie za zwiększającą ryzyko powodziowe. Uregulowane cieki mają za zadanie szybciej odprowadzić wodę. Gdzie? Na tereny położone poniżej. To jak rozwiązywanie problemu u siebie, kosztem sąsiada.
Organizacje ekologiczne są oskarżane o to, że blokują budowę kolejnych obiektów przeciwpowodziowych ze względu na ochronę ptaków i zwierząt. - To nonsens i polityczny populizm. Ten, kto podnosi ten argument, powinien przyjrzeć się działalności organizacji pozarządowych. WWF i inne stowarzyszenia od lat podejmują w porozumieniu z Regionalnym Zarządem Gospodarki Wodnej wiele działań przeciwpowodziowych. W 2007 r. to WWF we współpracy z RZGW zainicjował i sporządził mapy obszarów zalewowych oraz ryzyka powodziowego. Daliśmy je nieodpłatnie gminom w woj. dolnośląskim, które z tych map skorzystały. W 2000 r. opracowaliśmy i przekazaliśmy kilkuset urzędnikom atlas obszarów zalewowych doliny Odry. Wiele gmin jednak dopuściło się świadomych zaniedbań, zasiedlając tereny zalewowe, być może w obawie o spadek cen gruntów. O sporządzaniu map ryzyka i niezasiedlaniu zagrożonych terenów, o czym teraz mówi pan premier i p.o. prezydenta Bronisław Komorowski, my mówimy od 13 lat.
Czy gminy korzystały z waszej pracy? - Z ankiety sporządzonej rok później wynika, że 70 proc. gmin wykorzystuje stworzone przez nas mapy. Ale to powinna być praca rządu, a nie fundacji.
Czym tłumaczyć ignorancję gmin, które mimo świadomości ryzyka zalania terenów godziły się na ich zabudowywanie? - To naprawdę trudno wytłumaczyć. Być może kierowały się chęcią doraźnych zysków i ściągania inwestycji, ignorując możliwe konsekwencje. To, że ktoś chce sobie zbudować dom nad rzeką, nie oznacza, że gmina powinna na to zezwolić. To jak urzędowe akceptowanie bezmyślności.
>>
Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl