Data, którą rzucił rząd, jest tylko deklaracją, a nie czymś pewnym. Bo są warunki. - Żeby przekazać odpowiedzialność za poszczególne fragmenty Ghazni [prowincji, gdzie stacjonują Polacy], a potem całkowicie wycofać się z Afganistanu, trzeba najpierw przejąć inicjatywę. Nie może być tak, że przeciwnik strzela do nas bezkarnie, nie może być tak, że nasi żołnierze są przedmiotem wrogich działań - mówi minister Bogdan Klich. Oznacza to, że zanim się wycofamy, Polaków czeka jeszcze ciężka praca i coraz więcej zadań. I z tym minister łączy ostatnie ataki talibów na naszych żołnierzy, a nie z trwającą właśnie w kraju kampanią wyborczą. Nasi chcą się teraz skupić na szkoleniu afgańskiego wojska i policji, wsparciu lokalnej administracji, zapewnieniu bezpieczeństwa miejscowej ludności oraz uzyskaniu dodatkowej pomocy humanitarnej. Klich liczy, że pierwsze kompetencje uda się przekazać lokalnym władzom już w przyszłym roku.
Jest jeszcze jeden ważny powód wycofania się Polaków z Ghazni w ciągu dwóch lat. W 2013 r. prowincja ta stanie się światowym centrum kultury islamskiej. I lepiej by było, żeby rządzili tam wtedy cywile, a nie obce wojsko prowokujące wyznawców Mahometa. Ghazni zostało wybrane na Światową Stolicę Kultury Islamu w 2013 przez Islamską Organizację Edukacji, Nauki i Kultury trzy lata temu.
Ale zdaniem gen. Gromosława Czempińskiego, byłego szefa UOP, z talibami nie da się wygrać, bo nie można ich odróżnić od miejscowej ludności. Poza tym, nawet gdyby NATO zwiększyło pomoc w odbudowie Afganistanu i przeciągnęło na swoją stronę część bojowników, to i tak proces wychodzenia stamtąd może trwać przynajmniej 10 lat. Bo obecne władze bez wsparcia wojsk NATO szybko upadną i kraj pogrąży się w jeszcze większym chaosie.
W kraju koniec wojny popierają wszystkie polskie partie i mówi się o tym od wielu miesięcy. Ostatnia debata o Afganistanie odbywała się w Sejmie w grudniu ubiegłego roku. I już wtedy Klich rzucił datę 2013. To nic nadzwyczajnego, bo prezydent USA, którego wojska walczą głównie z talibami, chciałby się wycofywać już w 2011 r.
Teraz, po śmierci kolejnych żołnierzy, do sprawy wrócił premier Tusk, a do kampanii wprowadził ją Bronisław Komorowski. To zaskakujący zwrot, bo jeszcze niedawno Komorowski, jako pełniący obowiązki prezydenta, po parł obecność naszych wojsk w tym kraju. Niewykluczone, że kandydat PO, wyciągając tę sprawę w kampanii wyborczej, zamierza pozyskać elektorat lewicy, który nie chce tej wojny.
Lider PiS Jarosław Kaczyński woli nie mówić w trakcie kampanii wyborczej o Afganistanie. Uważa, że to tylko zachęca talibów do kolejnych ataków na polskich żołnierzy, a dla SLD Komorowski po prostu "ściemnia".
W tej chwili w Afganistanie jest 2,6 tys. żołnierzy. Wojna zaczęła się tam w 2001 r., po ataku terrorystycznym na World Trade Center w Nowym Jorku. Wysyłanie żołnierzy na Bliski Wschód w pierwszych pięciu latach misji kosztowało Polskę tylko 107 mln zł. Ale zwiększyliśmy liczebność kontyngentu, a w 2007 przejęliśmy dodatkowo administrację nad strefą Ghazni, i budżet urósł najpierw do ok. 300 mln zł rocznie, a potem do 700 mln zł. W tym roku padnie rekord. Misja będzie nas kosztować 2 mld zł, bo rząd wyda więcej m.in. na dodatkowe rosomaki, śmigłowce i samoloty bezzałogowe.
Do tej pory w Afganistanie zginęło 18 polskich żołnierzy. Ale za naszym wojskiem ciągnie się nieosądzona sprawa zabicia w 2007 r. sześciu cywilów we wsi Nangar Khel. Zdaniem prokuratury polscy żołnierze wzięli tam odwet za atak na nasz konwój. Żołnierze tłumaczą, że wioskę ostrzelano niechcący, m.in. z powodu nieprecyzyjnych moździerzy. Proces jest w toku.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl