Mariusz Jałoszewski: Ekolodzy biją na alarm, że niszczymy ostatni naturalny las na świecie w strefie umiarkowanego klimatu. Oskarżają o to leśników, którzy wycinają drzewa w Puszczy Białowieskiej. Tymczasem nadleśniczy Nadleśnictwa Browsk mówi, że też jest ekologiem, i że to on chroni puszczę, nawet jeśli prowadzi wyrąb. Kto ma rację? Prof. Tomasz Wesołowski*: - Leśnik to taki ekolog jak rolnik. On zajmuje się przyrodą, by produkować deski. W rzeczywistości przez ich ingerencję tracimy coś bezcennego. To ostatni taki las, do którego możemy wejść i zobaczyć, jak wyglądał 8 tys. lat temu! Za darmo mamy wycieczkę w przeszłość, nie trzeba kręcić "Parku Jurajskiego". Takie rzeczy jak Starówkę w stolicy można odbudować, ale jak stracimy puszczę, to bezpowrotnie. A to może być taka polska Nokia, powód do dumy, który przyniesie duży prestiż i zyski. Ale my jak idioci niszczymy puszczę. Od Jagiellonów przez setki lat do I wojny światowej puszcza była pod ochroną, a teraz jest niszczona, bo kilku facetów na tym zarabia.
Po czym widać, że coś złego dzieje się z puszczą? - Przede wszystkim są już zmiany w roślinności i liczebności zwierząt [spada np. populacja niektórych gatunków dzięciołów]. W puszczy każdy gatunek jest ważny, bo jest elementem całego systemu powiązań. Leśnicy ten system zakłócają. Mają ulubione gatunki: sosnę, dąb, świerk, które najłatwiej przerobić na deski. Dla nich grab to chwast. Ale dla puszczy to ważny gatunek, który co parę lat obficie obradza w owoce, co daje dużo pokarmu mniejszym zwierzętom, którymi z kolei żywią się drapieżniki. Jak grab się wytnie, to przerywa się ten łańcuch. Grozi nam, że z puszczy zrobi się kolejny las, jakich wiele, zwykła plantacja drzew, sosen i świerków posadzonych w rządki.
Nadleśniczy mówi, że wprowadzają do puszczy dąb, żeby przywrócić jej pierwotny charakter sprzed 200 lat. - Nic nie przywrócą. Gdyby usunąć stamtąd leśników, to dąb nadal by był w puszczy. Tylko może w innych proporcjach. Bo leśnicy chcą zrobić z liściastej puszczy las sosnowo-świerkowy. Już teraz jej połowa to iglaki. Są sadzone jak w ogródku marchewka. Ale czy ktoś sadził tajgę na Syberii lub Puszczę Amazońską? Nie. To dzieło natury. Nie było leśników i był las.
O włączeniu całej puszczy w obręb parku narodowego mówi się od lat. Skąd taki opór przed jej ochroną, zwłaszcza wśród miejscowej ludności? - Puszcza to własność 38 mln Polaków, a nie grupki leśników, i 2-5 tys. tutejszych mieszkańców. To własność państwa, czyli nas wszystkich. W Polsce to jest postawione na głowie - o tym, co zrobić z puszczą decydują ci, którzy nie są jej właścicielami. Zwłaszcza leśnicy, którzy są przecież wynajęci przez nas do zarządzania lasem.
Rząd jednak liczy się z ich głosem. Prowadzi negocjacje z lokalną społecznością. Może oprócz inwestycji trzeba pomóc tym ludziom się przekwalifikować? - Ale oni nie muszą się zmieniać. W Białowieży mało kto żyje z lasu, tylko z rent. Bezpośrednio z puszczy żyje ok. 500 osób zatrudnionych w nadleśnictwach i firmach prowadzących m.in. wycinkę. To niewiele. Dużo więcej ludzi pracuje w hotelu w Białowieży czy w szpitalu w Hajnówce. Ale nikt nie pyta ich o zdanie.
* Biolog lasu, kierownik Zakładu Ekologii Ptaków Uniwersytetu Wrocławskiego, wieloletni badacz Puszczy Białowieskiej
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl