Jeszcze przed wakacjami eksperci wieścili, że w tym roku Polacy niechętnie pojadą na wakacyjne urlopy za granicę. Mówiono, że może nas do tego zniechęcić kurs złotówki, niepewność związana z promieniującym z Grecji na Europę kryzysem, czy chmura pyłu wulkanicznego. W efekcie prognozowano, że liczba zagranicznych wojaży może spaść nawet o 10-15 proc. w porównaniu z ub.r. Teraz okazuje się, że strach ten był mocno przesadzony, a biura podróży notują kilkunastoprocentowe wzrosty sprzedaży zagranicznych wycieczek. Rekordziści mówią nawet o 30 proc. wzroście! - O ile w poprzednim sezonie wakacyjnym mieliśmy 240 tys. zagranicznych wyjazdów, to teraz już sprzedaliśmy 310 tys. - potwierdza Piotr Henicz z biura podróży Itaka.
Cele zagranicznych wyjazdów bez zmian: ubiegłoroczną pozycję lidera utrzymał w lipcu Egipt (tam wybrał się prawie co czwarty turysta), potem Turcja (co piąty). Z podium - mimo kryzysu - nie spadła też Grecja, w której hotele oferowały w tym roku ceny niższe nawet o 25 proc. niż przed rokiem.
Więcej Polaków pod palmami, nie oznacza, że wczasowiczów zabrakło w kraju. Od morza po Tatry, przez Mazury, wszyscy podkreślają, że mieli 10 a nawet 20 proc. więcej turystów w te wakacje.
- Jeszcze w lipcu mimo świetnej pogody, było pusto. Ale już w pierwszej połowie sierpnia po raz pierwszy od lat w bazie noclegowej okolic Władysławowa i półwyspu Helskiego nie było jednego wolnego miejsca. I to mimo kiepskiej aury - mówi Anna Szambork z Informacji Turystycznej we Władysławowie.
Podobne "najazdy" sierpniowych turystów obserwowano też w Mikołajkach, Rucianem-Nidzie czy Zakopanem.
Skąd te wzrosty? Eksperci tłumaczą, że to odreagowanie po zeszłorocznym kryzysowym roku, kiedy to więcej osób w obawie przed utratą pracy rezygnowało z urlopów. - Z jednej strony coraz więcej osób decyduje się po raz pierwszy wyjechać na wakacje za granicę czemu mogą sprzyjać promocje. Z drugiej rośnie grupa Polaków która już zdążyła się zachłysnąć odpoczynkiem w Tunezji, czy Egipcie. I ci chętniej decydują się spędzić urlop w kraju - ocenia Wojciech Kreft, szef Pomorskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej. Jego zdaniem coraz częściej motorem napędzającym ten pęd turystów jest tzw. turystyka sentymentalna: - Chodzi zarówno o emerytów, którzy jadą, by przypomnieć sobie wakacje z własnej młodości. Ale także o ludzi, którzy dopiero co założyli rodziny. Mają dzieci i chcą np. poplażować z nimi nad Bałtykiem w tym samym stylu, w jakim sami to robili z rodzicami. Zamiast pływać na desce biorą parawan, idą na plaże, kopią grajdoły, budują zamki z piasku, a potem delektują się flądrą - mówi Kreft.