Mieszkaniec domu na osiedlu jednorodzinnych bliźniaków w Rybniku zaczął strzelać około godziny 14.30. W domu była wtedy rodzina: żona, dwóch synów (11 i 15 lat), szwagier, teść i teściowa. Według wstępnych ustaleń policji, 39-letni pracownik kopalni był pod wpływem alkoholu. Ponoć chciał rozpalić grilla, ktoś zaprotestował. Mężczyzna zaczął krzyczeć, posypały się wyzwiska. W końcu sięgnął po broń. W jego arsenale był karabin, broń długa, pistolet (kilka sztuk) oraz zapalniki do ładunków wybuchowych używanych przez górników.
Najpierw strzelał do domowników. Najbardziej ucierpiała żona desperata (dostała kilka kul w klatkę piersiową, ma też obrażenia głowy) oraz szwagier. Ranna została też teściowa, starszy syn, teść i sąsiadka. Tylko szczęściu zawdzięczają to, że żadne z obrażeń nie było śmiertelne. Lekko ranny teść wyszedł już ze szpitala. To on w sobotę zaalarmował policję o strzelaninie. Wybiegł z domu i po kilku minutach był już na pobliskiej komendzie.
Gdy przyjechał patrol policji, kanonada nie ustała. Mężczyzna ostrzelał wchodzących do domu policjantów - jeden został ranny w nogę. Funkcjonariusze odpowiedzieli ogniem i zranili napastnika. W tym czasie troje domowników uciekło. Nie udało im się jednak schować, przez okno wciąż leciały kule. - Leżeli na podjeździe - mówi rzeczniczka rybnickiej policji nadkomisarz Aleksandra Nowara. Szaleniec zabarykadował się z synami i zmieniając broń, ostrzeliwał się z okna na piętrze. Kule podziurawiły radiowóz, posypały się też w stronę ratowników z karetki.
Po blisko godzinie i ewakuowaniu mieszkańców okolicznych domów na osiedlu pojawili się antyterroryści z Katowic z negocjatorem. Ale gdy antyterroryści zajmowali pozycje, mężczyzna sam wyszedł z domu. Wtedy został obezwładniony. - Nie poddał się sam. Wyszedł tylko zobaczyć, co się dzieje z jednym z synów, który ostatni opuścił dom - informuje Aleksandra Nowara. Desperata zatrzymano kwadrans po godz. 16.
Dziś okaże się, czy mężczyzna pozostanie w areszcie. Najprawdopodobniej tak, bo grożą mu poważne zarzuty: od nielegalnego posiadania broni (wiadomo już że dwie sztuki przywiózł z Czech, dwie kupił na targu staroci, a jedną złożył sam z części kupionych w internecie), przez napaść na policjantów po usiłowanie zabójstwa. Wiadomo już, że miał problemy z alkoholem oraz wziął w ostatnim czasie kredyty na kilkaset tysięcy złotych, prawdopodobnie bez wiedzy rodziny. - To jednak za mało, żeby mówić o przyczynach - tłumaczy rzecznik wojewódzkiej komendy policji w Katowicach Andrzej Gąska.
Świadkowie strzelaniny i sąsiedzi są zszokowani. Mężczyzna wydawał się im spokojny i mało konfliktowy. Przyznają jednak, że miał pociąg do militariów oraz chodził w wojskowym moro.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl