http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Spokojny" sąsiad strzelał na oślep

Mariusz Jałoszewski
2010-08-29, ostatnia aktualizacja 2010-08-29 19:47

Ślązak z Rybnika, który w sobotę strzelał przez blisko dwie godziny i ranił siedem osób, miał problemy z alkoholem, wielotysięczne kredyty i pociąg do militariów. Sąsiedzi twierdzą, że nie zauważyli nic niepokojącego

Po lewej dom, z którego okna w sobotę strzelał szaleniec
Fot. Przemysław Jendroska / Agencja Gazeta
Po lewej dom, z którego okna w sobotę strzelał szaleniec
ZOBACZ TAKŻE
Mieszkaniec domu na osiedlu jednorodzinnych bliźniaków w Rybniku zaczął strzelać około godziny 14.30. W domu była wtedy rodzina: żona, dwóch synów (11 i 15 lat), szwagier, teść i teściowa. Według wstępnych ustaleń policji, 39-letni pracownik kopalni był pod wpływem alkoholu. Ponoć chciał rozpalić grilla, ktoś zaprotestował. Mężczyzna zaczął krzyczeć, posypały się wyzwiska. W końcu sięgnął po broń. W jego arsenale był karabin, broń długa, pistolet (kilka sztuk) oraz zapalniki do ładunków wybuchowych używanych przez górników.

Najpierw strzelał do domowników. Najbardziej ucierpiała żona desperata (dostała kilka kul w klatkę piersiową, ma też obrażenia głowy) oraz szwagier. Ranna została też teściowa, starszy syn, teść i sąsiadka. Tylko szczęściu zawdzięczają to, że żadne z obrażeń nie było śmiertelne. Lekko ranny teść wyszedł już ze szpitala. To on w sobotę zaalarmował policję o strzelaninie. Wybiegł z domu i po kilku minutach był już na pobliskiej komendzie.

Gdy przyjechał patrol policji, kanonada nie ustała. Mężczyzna ostrzelał wchodzących do domu policjantów - jeden został ranny w nogę. Funkcjonariusze odpowiedzieli ogniem i zranili napastnika. W tym czasie troje domowników uciekło. Nie udało im się jednak schować, przez okno wciąż leciały kule. - Leżeli na podjeździe - mówi rzeczniczka rybnickiej policji nadkomisarz Aleksandra Nowara. Szaleniec zabarykadował się z synami i zmieniając broń, ostrzeliwał się z okna na piętrze. Kule podziurawiły radiowóz, posypały się też w stronę ratowników z karetki.

Po blisko godzinie i ewakuowaniu mieszkańców okolicznych domów na osiedlu pojawili się antyterroryści z Katowic z negocjatorem. Ale gdy antyterroryści zajmowali pozycje, mężczyzna sam wyszedł z domu. Wtedy został obezwładniony. - Nie poddał się sam. Wyszedł tylko zobaczyć, co się dzieje z jednym z synów, który ostatni opuścił dom - informuje Aleksandra Nowara. Desperata zatrzymano kwadrans po godz. 16.

Dziś okaże się, czy mężczyzna pozostanie w areszcie. Najprawdopodobniej tak, bo grożą mu poważne zarzuty: od nielegalnego posiadania broni (wiadomo już że dwie sztuki przywiózł z Czech, dwie kupił na targu staroci, a jedną złożył sam z części kupionych w internecie), przez napaść na policjantów po usiłowanie zabójstwa. Wiadomo już, że miał problemy z alkoholem oraz wziął w ostatnim czasie kredyty na kilkaset tysięcy złotych, prawdopodobnie bez wiedzy rodziny. - To jednak za mało, żeby mówić o przyczynach - tłumaczy rzecznik wojewódzkiej komendy policji w Katowicach Andrzej Gąska.

Świadkowie strzelaniny i sąsiedzi są zszokowani. Mężczyzna wydawał się im spokojny i mało konfliktowy. Przyznają jednak, że miał pociąg do militariów oraz chodził w wojskowym moro.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl

Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów