Iwona zaginęła 17 lipca. Nadmorskim deptakiem wracała do domu w Gdańsku z dyskoteki w Krzywym Domku przy sopockim "monciaku". Ostatni raz kamera miejskiego monitoringu zarejestrowała ją przy wejściu nr 63 na plażę w Jelitkowie. Była godzina 4.12. Na nagraniu widać, że za dziewczyną idzie jakiś mężczyzna - do dziś nie ustalono kto. Sygnał z jej komórki urwał się wcześniej o godz. 3.49, najprawdopodobniej rozładował się telefon.
Rodzice zorientowali się, że z Iwoną stało się coś złego po południu.
- Nie wróciła do domu, dowiedziałam się, że nie nocowała u koleżanki. W sobotę ok. godz. 16 przyszli do mnie, do pracy jej zaniepokojeni znajomi. Obdzwoniłam całą rodzinę. Około 22 poszłam na policję. Pytali się, czy jestem pewna, że córka nie zrobiła sobie wakacji. Byłam pewna. Nigdy nie uciekała z domu - mówi "Metru" Iwona Kinda, matka zaginionej dziewczyny.
Matka na własną rękę szukała córki, rozkleiła setki plakatów, wynajęła Krzysztofa Rutkowskiego. Nic to nie dało.
Minęło półtora miesiąca. W tym czasie policja przejrzała materiał z monitoringu, przeczesała wydmy i park, przez który szła Iwona oraz przeszukała znajdujący się w nim staw. Znowu nic. Śledczy przyjęli więc hipotezę, że Iwona przeszła cało wzdłuż wydm oraz przez park i że zaginęła kilkaset metrów od domu. Może potrącił ją pijany kierowca, który w panice zabrał ciało dziewczyny. A może spotkała znajomego i wsiadła z nim do samochodu. I potem mogło wydarzyć się coś złego. Ale to tylko przypuszczenia.
Policja przespała pierwsze godziny Prokuratura przyznaje, że przełomu w śledztwie ciągle nie ma. - Na razie nic nowego się nie dzieje. Nie ustaliliśmy powodów zniknięcia dziewczyny. Badamy każdą wersję: uprowadzenia, pozbawienia życia czy przetrzymywania - mówi rzecznik prokuratury okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk.
Czy jednak śledczy zrobili wszystko, co mogli, czy nie przeoczyli jakiegoś dowodu, czy działali wystarczająco szybko? Okazuje się, że materiał z monitoringu wzdłuż plaży poddano analizie 10 dni po zaginięciu Iwony. A dopiero niedawno policjanci zabezpieczyli materiały z kamer z innych ulic, żeby sprawdzić przejeżdżające tam wtedy samochody. Nie wiadomo, czy obraz ze wszystkich kamer uda się odczytać, bo czasami materiał jest archiwizowany tylko przez 14 dni. - Tam, gdzie można było odczytaliśmy - zapewnia prokurator Wawryniuk.
Matka Iwony nie kryje rozgoryczenia działaniem policji: - Przez dwa pierwsze dni nie mieliśmy żadnych informacji. Prowadziliśmy poszukiwania na własną rękę. Z grupami młodzieży przeczesywaliśmy plażę, wydmy, alejki, szukaliśmy przedmiotów, które naprowadzą nas na ślad córki. Wynajęliśmy Krzysztofa Rutkowskiego. Pojawił się 21 lipca i szybko udało mu się dotrzeć do pierwszego monitoringu, na którym zobaczyliśmy Iwonę w Sopocie. Dopiero po kilku dniach policja ujawniła nagranie z wyjścia z plaży nr 63 w Jelitkowie. Gdyby przejrzeli monitoringi następnego dnia po zaginięciu, wszystko mogłoby wyglądać inaczej! Przypomina też, że poszukiwania z udziałem helikoptera i nurków przeprowadzono dopiero dwa tygodnie po zaginięciu. - Teraz policja robi wiele, ale zmarnowali najważniejszy czas - żali się.
Internauci idą do ministerstwa Sprawę Iwony uważnie śledzą pomorscy internauci i wskazują błędy. Domagali się np. powtórnego przeszukania stawu. A ponieważ prokuratura doszła do tego samego wniosku - staw przeszukano.
W poniedziałek internauci złożą petycję w MSWiA, w której domagają się zmiany policyjnych procedur. Chcą, żeby policja natychmiast zaczynała poszukiwania na dużą skalę, bo w ciągu pierwszych 48 godzin są największe szanse na odnalezienie zaginionego. Żądają: ? żeby w przypadku każdej osoby - niezależnie od wieku - policjanci po przyjęciu zgłoszenia od razu wszczynali poszukiwania, ? natychmiast sprawdzali bilingi i rozmowy telefoniczne oraz nagrania z monitoringu, ? wysyłali jak najszybciej psa tropiącego i przeszukiwali teren (bo jest to tańsze niż późniejsza akcja z użyciem śmigłowca i kamer termowizyjnych), ? więcej całonocnych patroli w miejscach, gdzie są turyści i młodzież, ? więcej kamer w ważnych punktach miasta.
Joanna Stawska, która jest mieszkanką gdańskiej Zaspy i sąsiadką Iwony, w poniedziałek wyśle petycję do MSWiA, policji oraz władz Sopotu i Gdańska. - Moje dzieci znały Iwonę z widzenia. Nie wyobrażam sobie, żeby taki los mógł spotkać któreś z nich. Petycję podpisałam także z niepokoju o ich życie. Właśnie pierwsze godziny poszukiwania mogą być decydujące. W tym czasie bez ponoszenia wielkich kosztów można sprawdzić wszystkie ślady. Kolejny problem: to współpraca różnych jednostek policji. W przypadku Iwony szukała jej policja z Sopotu i Gdańska - mówi.
Pod petycją podpisało się już 500 osób. Rzecznik MSWiA Małgorzata Woźniak zapewnia, że gdy ją otrzyma, resort zastanowi się nad ewentualnymi zmianami w procedurach. - Ona musi się znaleźć. Żyłam dla moich córek, poświęciłam im całe życie. I będę walczyć do końca - zapowiada matka zaginionej Iwony.
Rodzic oceni najlepiej, kiedy zgłosić zaginięcie dziecka Mariusz Jałoszewski: Jak zmusić policję, by bardziej przykładała się do szukania zaginionych? Anna Dziurka z Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych fundacji ITAKA: - Policji ciągle brakuje środków, jest także skrępowana procedurami, dlatego sądzę, że to niewykonalne. Nie można przecież dowolnie sprawdzać bilingów rozmów telefonicznych. Tu potrzebny jest wniosek prokuratora. A podejmowanie szeroko zakrojonych poszukiwań z psami oraz specjalistami w danej dziedzinie wiąże się z dużymi kosztami.
Ale życie ludzkie nie zna ceny i to jest obowiązek państwa. Tymczasem policja często odwleka działania, tłumacząc, że trzeba odczekać trochę czasu, bo może zaginiony sam się znajdzie. - Policja zgodnie z regulacjami prawnymi dzieli zaginionych na dwie kategorie. Pierwsza, to dzieci, chorzy i osoby starsze, których szuka się od razu. W kategorii drugiej są dorośli. ITAKA od lat zmienia przyzwyczajania i mentalność policji. Pracują coraz bardziej sprawnie. Mówimy im, że nie ma przepisu, że poszukiwania podejmuje się po 24 lub 48 godzinach. To tylko wynika z przeświadczenia, że jak ktoś wyszedł, to wróci. Niestety policję ciągle blokują procedury, bo to nie ten rewir, bo to nie ich kompetencje, bo potrzebna jest czyjaś zgoda. To trzeba zmienić.
Ile osób co roku ginie w Polsce? - Piętnaście tysięcy, z czego 3,5 tys. to dzieci. Dorosłych znajduje się 80 proc., dzieci 95 proc. Powody? Dorośli giną z powodu choroby psychicznej, depresji - popełniają samobójstwo - albo trafiają do niewolniczej pracy za granicą lub zostają bezdomnymi. Dzieci giną z powodu złej opieki rodziców lub same uciekają z domu. Są też zabójstwa czy porwania.
Kiedy trzeba iść na policję zgłosić zaginięcie dziecka lub bliskiej osoby? - Rodzic wie, kiedy to zrobić. Zna swoje dzieci, wie, kiedy ma wrócić do domu. Jeśli tego nie robi, jest powód, żeby iść na policję. Kiedy dziecko się odnajdzie, to nie ma konsekwencji za pospieszne złożenie zawiadomienia. Również w przypadku dorosłych, jeśli mamy powód do niepokoju, to nie należy zwlekać ze zgłoszeniem zaginięcia.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl