Z opisanego w poniedziałkowym "Metrze" raportu "Polska Praca 2010" wynika, że niemal jedna trzecia polskich pracowników (27 proc.) najemnych zamiast stałej umowy, pracuje na czas określony albo umowy cywilno-prawne, czyli zlecenia albo umowy o dzieło. To rekord na skalę całej Europy. Pracodawcy tłumaczą, że w czasach kryzysu to jedyny sposób na to, by uniknąć masowych zwolnień. - Poluzujcie kodeks pracy, a zaczniemy zatrudniać - przekonywał w "Metrze" ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" Jeremi Mordasewicz. Na argumenty pracodawców odpowiada twórca raportu, Stéphane Portet, dyrektor firmy consultingowej S. Partner, autor raportów o polskim rynku pracy dla Międzynarodowej Organizacji Pracy.
Anita Karwowska: W raporcie „Polska Praca 2010” pisze pan, że pobiliśmy europejski rekord w zatrudnieniu na czas określony. Jakie są tego główne powody? Stéphane Portet: - Odpowiedź jest tylko jedna: pracodawcy mają możliwość zwolnienia w ciągu 15 dni bez podawania żadnych przyczyn. Z wielu rozmów, jakie przeprowadziłem z pracodawcami, wynikało, że od pracowników oczekują przede wszystkim dyspozycyjności. Od tego warunku zaczynała się niemal połowa ofert pracy. Długo zastanawiałem się, co to w ogóle znaczy? Dyspozycyjność pracownika powinna polegać na tym, że jest w pełni zaangażowany w wykonywanie swoich obowiązków w godzinach pracy. Nie mylmy tego jednak z tym, że pracy ma poświęcać także swój prywatny czas, który zostaje mu zwykle dopiero wieczorem. Jeśli pracodawca obarcza obowiązkami także po godzinach, oznacza to, że nie potrafi dobrze zorganizować pracy. A jak to ma się do tymczasowego zatrudnienia? Proste: pracodawcom taka forma zatrudnienia potrzebna była nie dla elastyczności i konkurencyjności, ale dlatego, że byli przekonani o tym, że etos pracy w Polsce jest zniszczony. A więc - według polskich menedżerów - dopiero ta niepewność wynikająca z czasowego zatrudnienia zmobilizuje do dobrej pracy. Po chwilowej poprawie spowodowanej emigracją do krajów UE dziś znowu taka sytuacja i to podejście się powtarza.
Pracodawcy pytani o przyczyny swojej niechęci wobec stałego zatrudnienia mówią, że zbyt trudne jest zwolnienie. Jeremi Mordasewicz z PKPP „Lewiatan” stwierdził, że obecne przepisy narzucają pracodawcy, z kim ma pracować. - Polska należy do krajów, gdzie najłatwiej się zatrudnia i najłatwiej się zwalnia. Proszę zwrócić uwagę, ile trwa okres wypowiedzenia w Danii, do dziewięciu miesięcy. Ale ta elastyczność nie jest atutem polskiego rynku, wręcz przeciwnie. A wynika przede wszystkim z błędnego zarządzania personelem. Od menedżera, który dostaje za swoją pracę europejską pensję, wymaga się więcej niż działania na zasadzie: zwalniam, zatrudniam, zwalniam, zatrudniam. Bazowanie wyłącznie na najprostszych rozwiązaniach to za mało, by odnieść sukces. Kolejne stwierdzenie pracodawców: jeśli chcemy być konkurencyjni wobec innych gospodarek, to przede wszystkim dzięki elastycznemu rynkowi pracy.
Popełnia błąd ten, kto zakłada, że dla kapitalizmu nie powinno być żadnych barier. Bariery zmuszają bowiem do szukania rozwiązań bardziej wyrafinowanych i przynoszących lepsze efekty.
Przedsiębiorcy oburzają się, słysząc, że podczas kryzysu zachowali się egoistycznie. Twierdzą, że w Polsce nie było masowych zwolnień.
- Dane są takie: według Eurostatu, spadek zatrudnienia w samych początkach kryzysu - przełom IV kwartału 2008 i I kwartału 2009 r. - wyniósł w Polsce 2,6 proc. To dziewiąte miejsce w Europie. Średnia zwolnień była mniejsza w strefie Euro, całej Unii, jak i np. Francji, gdzie wzrost gospodarczy był na ostrym minusie. A przyglądając się danym z dwóch lat kryzysu (od IV kwartału 2008 do I kwartału 2010) widzimy, że Polska należy do grupy krajów, która zniszczyła najwięcej miejsc pracy - spadek zatrudnienia na poziomie 3,5 proc, w tym prawie 10 proc. w przemyśle. Do dziś tych miejsc pracy nie odzyskaliśmy do końca. Proszę więc nie mówić, że w czasach kryzysu w Polsce nie było zwolnień. W jedynym kraju, który miał wzrost gospodarczy! Powody są różne, ale myślę, że brak wsparcia w zakresie dofinansowania utrzymania miejsc pracy, tak jak w Niemczech lub Francji, odegrał dużą rolę.
A skąd w polskich pracownikach tyle kompleksów? - Z zewnątrz wygląda to tak: często jestem w Irlandii i wciąż widzę, jak dobrze są oceniani Polacy. A dlaczego ta sama osoba w Polsce jest bumelantem, a za granicą świetnym pracownikiem? Może dlatego, że ktoś źle zarządza jego pracą? W Polsce duża jej część to wykonywanie prostych zajęć, które nie wymagają specjalistycznych umiejętności, ale dobrego zorganizowania. A za tę część odpowiadają właśnie menedżerowie.
Z coraz większym zainteresowaniem mówi się także u nas o modelu zatrudnienia nazywanym flexicurity. Czy pracownicy powinni się tego bać? - U podstaw flexicurity leży takie przekonanie: mogę zwalniać, bo mój pracownik szybko znajdzie pracę, szkolenia i będzie dysponował wystarczającymi środkami do życia. Pracownik zgadza się, bo ma poczucie, że da sobie radę. Ale, żeby tak się stało, pracodawca odprowadza słone składki i podatki, które zapewnią pracownikowi prawdziwe bezpieczeństwo i godne życie po utracie pracy. W Polsce problem polega na tym, że ten, który nie ma pracy, nie ma prawie nic. Po co więc rozmawiać o flexicurity, jeśli nie zapewniamy bezrobotnym bezpieczeństwa? Poza tym flexicurity jest w kryzysie. W krajach, w których rynek pracy oparto na tym modelu, bezrobocie w czasie kryzysu poszło mocno w górę.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl