To pewne. Partia Demokratyczna przegrała wybory do amerykańskiego Kongresu. Z nieoficjalnych danych wynika, że w Izbie Reprezentantów Demokraci będą mieli 183 miejsca (posiadali 255). Za to Republikanie mogą mówić o sukcesie. Mieli 178 głosów, a teraz zdobyli co najmniej 239 foteli. Demokraci zachowali większość tylko w Senacie. Wstępne wyniki wyborów dały partii prezydenta Baracka Obamy 51 miejsc, a ich przeciwnikom 46. Do rozdysponowania pozostały trzy miejsca.
Porażka demokratów jest tym dotkliwsza, że przypadła na połowę kadencji urzędującego prezydenta - demokraty Baracka Obamy. W tym czasie gospodarz Białego Domu bezskutecznie walczył z kryzysem, bo bezrobocie w USA sięga już 10 proc. i nie spada, a dług publiczny w Stanach wynosi już prawie 100 proc. PKB. Budżet miała ratować podwyżka podatków dla najzamożniejszych Amerykanów, ale na to raczej nie zgodzą się Republikanie, wśród których do głosu coraz częściej dochodzą osoby o skrajnie radykalnych poglądach. Przewodzi im Tea Party - ruch społeczny, który sprzeciwia się polityce Baracka Obamy i głosi konieczność radykalnego ograniczenia roli państwa w życiu obywateli.
Co to oznacza dla Ameryki?
Kryzys radykalizuje poglądy Amerykanów
Dr Agnieszką Graff, amerykanistka z Ośrodka Studiów Amerykańskich
Amerykanie są sfrustrowani przeciągającym się kryzysem, bezrobociem i doniesieniami o wyrzucaniu na bruk ludzi, którym zabrakło pieniędzy na spłatę kredytów hipotecznych. To przyciąga ludzi do organizacji takich jak Tea Party, która głosi proste rozwiązania: nieingerencja państwa w życie człowieka, obniżanie podatków bogatym - choć biedni raczej powinni domagać się pomocy od państwa. Ale z drugiej strony, amerykański system dwupartyjny trzyma się bardzo mocno. Efektem ruchu Tea Party może być natomiast radykalizacja nastrojów wewnątrz Partii Republikańskiej. Wzrost znaczenia ideałów, na których Republikanie zawsze bazowali - m.in. indywidualizmu, oznaczającego, że człowiek powinien w życiu polegać przede wszystkim na sobie, a nie liczyć, że państwo pomoże mu w postaci zasiłków, ubezpieczeń itd. Gdy to słyszę, to zaczynam sądzić, że spory wpływ na nagłośnienie działalności Tea Party mają elity finansowe, które są w stanie manipulować masowymi emocjami. Tubą Tea Party jest telewizja Fox News i postać jej konserwatywnego komentatora Glenna Becka, który głosi hasła promujące wolność rynku i rugowania państwa z życia obywateli. W jednym z wywiadów powiedział on także, że niewolnictwo było świetną instytucją, dopóki państwo nie zajęło się jego regulacją. To skandaliczna wypowiedź, która przyciąga sfrustrowanych i przestraszonych obywateli klasy niższej, ale też średniej. A czarnoskóry Barack Obama jeszcze bardziej podsyca rasistowskie nastroje Tea Party.
Tea Party to ruch antyomabowski
Dr Paweł Laidlerem, amerykanista z Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego
Nie przeceniałbym znaczenia Tea Party. W Stanach Zjednoczonych co jakiś czas pojawia się trzecia siła, która po chwili, zwykle po wyborach, obumiera. Tea Party to skrajnie konserwatywna grupa, do której zaliczają się głównie ludzie młodzi mający bardziej radykalne poglądy niż ich rodzice. Tak naprawdę to jest jednak bardziej antyobamowski ruch, którego przyszłość zależeć będzie od dalszych poczynań Bracka Obamy. A radykalna konserwatywna młodzież chce teraz pokazać, w którym kierunku powinna iść Ameryka: bardziej na prawo, ku wolnemu rynkowi. Ci ludzie chcą ograniczyć pomoc państwa dla nieudaczników, którzy korzystają z zasiłków, dla imigrantów, którzy często pracują na czarno i nie płacą podatków.
Źródło: Dziennik Metro