http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polska kolej na bocznicy

Mariusz Jałoszewski
2010-11-08, ostatnia aktualizacja 2010-11-08 19:43

Stare tory, przemęczeni maszyniści, brak pieniędzy na remonty. Polska kolej się zwija? Ministerstwo Infrastruktury zachowuje jednak urzędowy optymizm

Po zderzeniu składów pociągów - płoną cysterny z paliwem. Białystok
Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja
Po zderzeniu składów pociągów - płoną cysterny z paliwem. Białystok
ZOBACZ TAKŻE
- Polska kolej jest bezpieczna - zapewnia po wczorajszej katastrofie w Białymstoku spółka PKP Polskie Linie Kolejowe, która zarządza torami. A Ministerstwo Infrastruktury dodaje, że na kolej spadnie deszcz pieniędzy. - W tym roku na remont linii kolejowych będzie 5 mld zł, a w przyszłym 10 mld. Będzie też kupowany nowy tabor i remontowane są 44 dworce - wylicza rzecznik ministerstwa Mikołaj Karpiński.

Ministerstwo przemilcza fakt, że remontuje się tylko najważniejsze linie w kraju np. Warszawa - Gdynia, czy Warszawa - Łódź. A tam, gdzie się nie remontuje, ogranicza się prędkość! albo po prostu likwiduje ruch pociągów.

W Białymstoku prawdopodobnie nie zawiniła infrastruktura, tylko człowiek. Przyczyn wypadku szuka już specjalna komisja. Na razie pewne jest to, że do wypadku doszło o godz. 5.30 rano. Pociąg towarowy prywatnego przewoźnika wjechał na ten sam tor, na którym był pociąg PKP Cargo z cysternami. Zaczęły eksplodować kolejne cysterny z olejem napędowym. Paliły się też lokomotywy i pobliski budynek. Lekko ranny został maszynista i pracownik kolei. Pociągi ugaszono po południu. Bilans strat to 17 spalonych wagonów, dwie lokomotywy i budynek nastawni. Jerzy Stepaniuk, maszynista i jednocześnie przewodniczącego Związku Zawodowego Pracowników Kolejowych przy PKP Cargo w rozmowie z białostocką "Gazetą Wyborczą" sugeruje, że mógł zawinić człowiek. Stepaniuk rozmawiał z maszynistą, który jechał pociągiem PKP Cargo. Dopuszcza dwie wersje: albo pociąg prywatnego przewoźnika wjechał, choć nie miał pozwolenia, albo sprawę zawalili pracownicy, którzy nastawiają semafor. Związkowiec dodaje też, że z powodu oszczędności na kolei obcina się kolejne etaty i jest coraz mniej ludzi do obsługi zwrotnic.

Polska kolej się zwija

Mariusz Jałoszewski: Co się dzieje z naszą koleją? Z jednej strony podupadła infrastruktura i wypadki, z drugiej zaś zapewnienia, że idzie deszcz pieniędzy na inwestycje.

Adrian Furgalski, ekspert transportowy z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR: - Już we wrześniu ostrzegałem, że dojdzie do takiej katastrofy. Bo już wtedy docierały informacje o pomyłkach, które szczęśliwie nie zakończyły się tragedią. Na przykład, w październiku na trasie Gdynia - Warszawa puszczono dwa pociągi jednym torem. Na innej trasie pociąg puszczono na tor techniczny i cudem zatrzymał się tylko przed drugim. Co złego dzieje się na kolei? Starzeją się pracownicy. Starzeje się też infrastruktura, a inwestycji jest za mało. Obawiam się, że o tym wypadku wszyscy szybko zapomną i nie dowiemy się, co było przyczyną.

Czyli na naszej starej i biednej kolei jest coraz więcej wypadków?

- Jest cała masa zdarzeń, o których nie informuje się nawet centrali PKP, np. przejechanie na czerwonym świetle na semaforze. To się może zdarzyć zwłaszcza rano, gdy ludzką rzeczą jest, że człowiek jest zmęczony.

Ministerstwo infrastruktury mówi jednak, że nie jest źle.

- Żeby zaczęło być lepiej, trzeba wydawać na tory co roku przynajmniej 8 mld zł. Tymczasem na razie nie zatrzymaliśmy nawet postępującej degradacji kolejnych linii. Szacuje się, że do zamknięcia jest kolejne 5-6 tys. kilometrów torów. Uda się wyremontować tylko 8 proc. torów i to tylko na niektórych głównych szlakach. Bo na przykład remontu nie będzie na trasie Wrocław - Poznań - Szczecin.

Za to będzie można jednak podczas jazdy wolnym pociągiem porządnie się wyspać lub nazbierać grzybów.

- Gdyby jazda była za darmo to by ludzie się cieszyli. Ale nie za tak drogie bilety. Polska kolej się zwija i nie widzę dla niej dobrych perspektyw.

Oko ma prawo się przymknąć

Mariusz Jałoszewski: Strach jeździć koleją?

Józef Smólski, wiceprzewodniczący Federacji Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych: - Ja też czasem się modlę, żeby dojechać do domu. Mamy z góry narzucone limity prędkości. Nie możemy ich przekroczyć, bo jeśli pociąg wypadnie z torów, to będzie nasza wina. A, niestety, stan naszych torów to obraz nędzy i rozpaczy. Inwestuje się tylko w główne szlaki m.in. tranzytowe z Niemiec na Wschód, a boczne linie w tym czasie się degradują. W zamian wprowadza się kolejne ograniczenia prędkości. Kiedyś z Wrocławia do Jeleniej Góry jechało się dwie godziny. Dziś ten sam dystans 124 kilometrów pokonuje się w cztery godziny. Miejscami pociąg jedzie 20-30 kilometrów na godzinę. Dlatego naszych pasażerów przejmują autobusy.

W Białymstoku, być może, zawinił człowiek. Może to też wasza wina, że na kolei są wypadki?

- Kiedy kolej była jedną firmą, to obowiązywały jednolite zasady szkolenia maszynistów. Teraz są różne spółki oraz prywatni przewoźnicy, którzy różnie podchodzą do czasu pracy. Grupa PKP do czasu pracy maszynisty (maksymalnie 12 godzin) wlicza też czas dojazdu. Prywatni nie. W praktyce jeśli ktoś dojeżdża do pracy w Warszawie z Wrocławia i traci sześć godzin na dojazd w jedną stronę, to potem oprócz tego jeździ jeszcze lokomotywą 12 godzin. Dlatego na lokomotywie oko ma prawo się przymknąć. Ale nikogo to nie interesuje.

Poza tym maszyniści ze spółek PKP (zarabiają tu 2,5-3 tys. zł) dorabiają u prywatnych przewoźników. Schodzi z jednej lokomotywy i wsiada do drugiej. Nikt nie pyta i nie dba o nasz wypoczynek. Tu są zasady jak z XIX w. Nikt tego nie kontroluje, nawet inspekcja pracy.

Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów