Bardzo wyczekiwana Martyna Próżno szukać w sklepach muzycznych płyt Martyny Jakubowicz z lat 80. Dla fanów twórczości polskiej Joan Baez mamy dobrą wiadomość: doczekali się czteropłytowego wydania jej utworów.
Nic tak nie cieszy jak stare, ale jare kawałki, które mają w sobie wciąż wiele niezaprzeczalnego uroku. Teraz można je mieć na wyłączność. Uwaga ta nie dotyczy wgapionych w YouTube'a właścicieli każdej
piosenki, która wyskakuje na ekranie na byle kliknięcie. Minibox "Martyna Jakubowicz" to gratka dla kolekcjonerów lubiących nacieszyć oko eleganckim wydawnictwem - płyty zostały dołączone do bogato ilustrowanej książeczki, z której można się dowiedzieć o artystce jeszcze więcej niż z jej piosenek.
Co konkretnie jest w środku? Wznowione wydanie "Bardzo groźnej księżniczki i mnie" oraz "Wschodniej wioski". Do tego "Ekskluzywne rozmaitości" (część utworów pochodzi z innej niedostępnej płyty Jakubowicz - "Total") oraz
DVD z zapisem koncertu z Teatru Rozrywki w Chorzowie, który miał miejsce już w latach 90. Ten materiał był dotąd publikowany tylko w wersji audio na płycie "Kołysz mnie".
Znający Martynę tylko ze słyszenia mogą być spokojni - wykaz piosenek zawiera i sztandarowe "W domach z betonu nie ma wolnej miłości", i urokliwą "Kołysankę dla Misiaków" (znaną też jako "Chcę ci dać trochę wiary w cud"). Cieszą bonusy pod postacią ocenzurowanego kiedyś "Raz dwa trzy - baba jaga patrzy" albo jarocińskiej wersji "Domów z betonu" z gościnnym udziałem Ryszarda Riedla. Szkoda, że pośród "Rozmaitości" zabrakło miejsca dla "Słuchaj, man", ale to w niczym nie umniejsza wartości tej przekrojowej pozycji płytowo-książkowej.
W części opisowej znajduje się kilka interesujących faktów z życia Martyny. Artystka ujawnia, kto pomógł jej się ocknąć z rockowego amoku. Jej były mąż Andrzej Jakubowicz opowiada o wybranych tekstach piosenek, a eksmenedżer Marcin Jacobson - o perturbacjach z cenzurą.
Czy to już koniec punka? Kto nie podejmuje śmiałych eksperymentów, tkwi w przeciętności. Tomasz Adamski stale kroczy nową drogą. Na przekór głosom, że stępił ostrze zadziornej Siekiery.
W rodzinnych stronach traktowany jest z atencją. Młodzież bez szemrania stawia mu piwo w knajpie. A on z wyrozumiałością przyjmuje hołdy, na które zasłużył jako twórca Siekiery - czołowej kapeli punkowej lat 80. Każdy kolejny projekt Adamskiego budzi duże zainteresowanie i jeszcze więcej kontrowersji. Obrońcy kanonu nie mogą mu darować odklejenia się od pierwotnej estetyki. Głuchy na te wołania Adamski przedstawił teraz Siekierę wykonującą "Ballady na koniec świata". I znowu mu się dostało. Tym razem za pełne wdzięku i optymizmu piosenki nadające się bardziej - zdaniem zagorzałych punków - na konkurs recytatorski niż na płytę ich kapeli. Właśnie, czy w dalszym ciągu ich? Wielu za ten szwindel odwróciło się od Adamskiego i nie ma zamiaru słuchać szumu drzew, obłaskawiać diabła spłoszonej myszy, ani czekać na przyjście mesjasza, który wybawi ode złego. A może warto zrobić rachunek sumienia? Czy szewc ma w nieskończoność zabijać szewca zadając mu przy tym rany cięte oraz kłute?
Adamski już od dawna jest innego zdania. "Ballady na koniec świata" są zbiorem rozpoetyzowanych refleksji nad kondycją człowieka. Ładne harmonie i melodie nierzadko wplątane są apokaliptyczny niepokój, co wydaje się zabiegiem absolutnie świadomym. Ale wystarczyło, że rozstrojoną gitarę wyręczył niepunkowy flet ("A gdyby"), aby obwołano Adamskiego drugim Markiem Grechutą i zaczęto snuć domysły, czy to jeszcze Siekiera, czy już raczej Anawa ("Ludzie mówią"). Pocieszeniem dla zawiedzionych może być mroczna "Droga na szczyt", ale i jej daleko do czadowej "Fali".
To nie wina Siekiery, że punk przestał być alternatywny.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl