Najważniejszą nagrodę najważniejszego festiwalu kina niezależnego na świecie zdobyła w tym roku opowieść o sześcioletniej dziewczynce, która mieszka z biednym ojcem gdzieś w dzikim zakątku Missisipi. "Beasts of the Southern Wild" to zdaniem krytyków jeden z najbardziej poruszających filmów, który kiedykolwiek pojawił się na tym festiwalu - pięknie sfilmowana poetycka opowieść o prostym życiu najbiedniejszych mieszkańców
USA. Już od pierwszego pokazu mówiono, że choć nie jest to kino, które może odnieść komercyjny sukces, film powinien znaleźć dystrybutora i tak się stało.
W kategorii dokument jury wyróżniło "The House I Live In", w którym pokazane są wstrząsające przykłady niesprawiedliwości, jaką przynosi trwająca w USA od 40 lat walka z narkotykami zapełniająca więzienia tysiącami skazanych za posiadanie nawet niewielkiej ilości narkotyków.
Publiczności najbardziej przypadł do gustu oparty na faktach "The Surrogate", historia mężczyzny korzystającego z tzw. żelaznego płuca, który chce stracić dziewictwo. Pomaga mu w tym profesjonalistka w ciele Helen Hunt. Mimo że dotyczy silnego tabu, jakim jest seks niepełnosprawnych, film spotkał się z ciepłym przyjęciem i został tegorocznym rekordzistą Sundance - kupiono go do dystrybucji za 6 mln dolarów, co oznacza, że być może i my w ciągu roku będziemy mogli go zobaczyć.
Spośród dokumentów publiczność najbardziej podobał się "Searching for Sugar Man", w którym dwóch fanów wyrusza w długą podróż, by dowiedzieć się więcej o śmierci swojego idola, rockowego
muzyka Rodrigueza, a która kończy się odnalezieniem go żywego w rodzinnym Detroit. W Sundance swoich dystrybutorów znalazło także sporo innych filmów. Jak zauważa branżowe pismo "Variety", nie było w tym roku jednego "filmu gwiazdy", który skupiałby na sobie uwagę, ale tym lepiej - bo poziom festiwalu był wysoki i wyrównany. Na razie chętnych znalazły psychologiczny
thriller "Red Lights" z Robertem De Niro, komediodramat "Robot & Frank", w którym Frank Langella
gra ni mniej ni więcej, tylko właśnie z robotem,
komedia "For a Good Time Time Call..." o współlokatorkach, które postanawiają uruchomić sekstelefon, bo nie mają na rachunki, komedia obyczajowa, która wzruszyła publiczność do łez "Celeste and Jesse Forever" oraz dramat "Arbitrage", w którym Richard Gere wciela się w postać inspirowaną upadłym miliarderem Bernardem Madoffem. Mimo że festiwal oficjalnie już się skończył, rozmowy o zakupach filmów będą trwały jeszcze długo. Co oprócz filmów pozostanie po tegorocznej imprezie w Park City? Przemowa reżysera Spike'a Lee, który wykorzystał konferencję prasową swojego najnowszego filmu "Red Hook Summer", by powiedzieć parę ostrych słów pod adresem amerykańskiego przemysłu filmowego, który "nic nie wie o czarnych". Ogłoszona tutaj przez reżysera Kevina Smitha (debiutował w Sundance "Sprzedawcami" w 1994 roku) decyzja o założeniu własnej firmy dystrybucyjnej, by nie tylko móc promować swoje filmy tak, jak ma na to ochotę, ale by pomagać innym odrzucanym przez Hollywood. I wreszcie występ aktora Josepha Gordona-Levitta, którego wykonanie "Hey, Jude" Beatlesów stało się przebojem internetu. Czy w Sundance pojawili się nowi bracia Coen (zaczynali tu w 1985 roku), Steven Soderbergh (1989), Quentin Tarantino (1992) czy Darren Aronofsky (1998) - czas pokaże.