"Old Ideas" to zbiór niestarzejących się refleksji niestrudzonego poety, który zabiera głos w sprawach prozaicznych, przez co tak ważnych. Repertuar nie jest całkowicie nowy. Kilka piosenek mogli usłyszeć nawet polscy fani podczas ostatniej trasy Cohena po naszym kraju. "The Darkness" i "Lullaby" nagrano jeszcze w 2007 roku. Reszta została zarejestrowana trzy lata później. Twórca zadbał nie tylko o stronę tekstowo-muzyczną. Sam zaprojektował okładkę albumu, czyli - jak na prawdziwego artystę przystało - stworzył ten projekt do A do Z. Ważniejsza od grafiki jest jednak
muzyka.
A ta - co zrozumiałe - stanowi tło dla wynurzeń poety, który czasami popada w samouwielbienie ("Going Home"), to znowu kreuje się na życiowego abstynenta sprzymierzonego z ciemną stroną mocy ("The Darkness"). Śpiewa o miłości o pogoni za marzeniami czy o tym, jak to jest kogoś stracić. Jednym słowem o wszystkim co ważne, często umyka. Entuzjaści twórczości Kanadyjczyka nie będą rozczarowani - zaproszenie do pomocy w naprawianiu świata jest nadal obowiązujące. Cohen zdaje się pieczołowicie układać egzystencjalną kostkę Rubika, tylko rozwiązanie wymyka się spod kontroli. Zupełnie jak w życiu.
Płytę trudno określić zestawem regularnych kompozycji. Trudno też mówić o piosenkach. Właściwie są to melorecytacje złożone z większej ilości słów niż akordów, co jest zbiegiem skutecznym i sprawdzonym. Sterylna gitara, żeński chórek oraz wstawki organowe stanowią muzyczny krajobraz dla stonowanej Cohenowej narracji. Bo minimalizm to podstawa, czego nie zmienia fortepianowa introdukcja w "Show Me The Place" czy gitarowa zagrywka w stylu Boba Dylana we wspomnianym "The Darkness". Jedynie "Different Sides" zdradza bardziej synthpopowe aspiracje. Całość jest pomyślana na poetycką modłę i ta konwencja określa myśl przewodnią albumu. Reasumując: "Old Ideas" are a good ideas, co potwierdzili krytycy muzyczni na całym świecie, dając nowemu albumowi Cohena niemal wszystkie możliwe "gwiazdki".