Z Andrzejem Piasecznym rozmawia Konrad Wojciechowski
Co postanowiłeś na nowy rok? Wybiegasz w przyszłość?
- Mam wewnętrzny manifest. Chodzi o dostrzeganie tego, co dobre. Bycie marudą utrudnia życie. Trzeba dążyć do szczęścia albo chociaż stabilizacji - i o to apeluję do siebie.
Dlaczego nie piszesz tekstów publicystycznych, tylko "o miłości"?
- Bo nie potrafię [śmiech].
Łatwiej jest upubliczniać uczucia niż tłumaczyć się z niepopularnych poglądów?
- O uczuciach też trudno się wypowiadać, łatwo zostać posądzonym o trywialność. Ja też nie jestem odkrywczy, nie zapuszczam się w rejony zarezerwowane dla poetów.
Ale korzystasz z filozofów. Śpiewasz: "mieć tyle samo, co być", stawiając znak równości tam, gdzie Fromm postawił znak zapytania.
- Nakreśliłem nieosiągalny przepis na życie. Nie chciałem sprzedawać taniego oszustwa ani rozwiązywać filozoficznej zagadki. Potraktujmy to jako podpowiedź.
"Mieć" brzmi zachłannie. Jesteś materialistą?
- Odniosłem sukces, jestem zamożnym człowiekiem, ale dążę do równowagi - stąd powiedzenie "mieć tyle samo, co być". To jak z udzielaniem pomocy w ramach koncertów charytatywnych. Jeśli zarobię, chętnie się podzielę, natomiast podejście "gram za darmo, więc oddaję" jest utopijne.
Przychodzi do ciebie Owsiak i mówi: "Zbieramy na potrzebujące dzieci". Zagrasz?
- Mam dylemat. Kibicuję tej akcji, uważam, że zapał Owsiaka spowodował wiele dobrego. Zawsze wspieram, ale z założenia nie gram dla WOŚP.
Otrzymujesz dużo takich propozycji? Masz skrupuły odmawiać?
- Rozważam każdą prośbę, ale na akcje w stylu "zorganizujmy komuś koncert" daję się namówić tylko pod warunkiem, że występuje wielu artystów i są sponsorzy. Nie chodzi o honorarium, lecz o pokrycie kosztów. Trudno ludziom wytłumaczyć, że nie ma nic za darmo. Pomagać można też w sposób mniej spektakularny.
Czy twoja twórczość może aspirować do miana sztuki?
- Sztuka popularna jest sztuką łatwiejszą, ale wierzę w prawdziwość - i co za tym idzie - moc tego, co robię. Nigdy nie mierzyłem się z twórcami kultury wysokiej. Ta "wysokość" sama nas czasem odnajduje. Wybitni kompozytorzy też byli popkulturowi, choćby Mozart.
Czujesz się przedstawicielem popkultury?
- Miałem dużo szczęścia, ale w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy to, co robię, ma sens. Artysta popularny, lecz bez uznania, nie jest usprawiedliwiony. Postanowiłem nie pisać o niczym.
Źródło: Dziennik Metro