http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gdy idą wybory, budzą się demony

Maja Staniszewska
2012-02-02, ostatnia aktualizacja 2012-02-02 20:33

"Idy marcowe" to obsadzona gwiazdami wciągająca opowieść o politycznej kuchni, której sekretów wolelibyśmy nie znać. I o cenie, jaką trzeba zapłacić, by móc w niej pracować

Idy marcowe
Idy marcowe
ZOBACZ TAKŻE
Ten film równie dobrze mógłby nosić tytuł "Upadek". Upadek nie tylko głównego bohatera, ale też nadziei widzów na to, że polityka dziś może jeszcze być szlachetna, że jest w niej miejsce na idealistów-wizjonerów.

Jest takie powiedzenie, że dobry człowiek nie może zostać amerykańskim prezydentem. "Idy marcowe", film George'a Clooneya (na podstawie sztuki napisanej przez człowieka, który pracował przy prezydenckich kampaniach), jest na to dowodem. Oto zbliżają się demokratyczne prawybory w Ohio. Zostało już tylko dwóch liczących się kandydatów - postępowy gubernator Morris grany przez samego Clooneya i tradycjonalista z Południa, senator Pullman. Jeśli Morris wygra w Ohio, zostanie kandydatem na prezydenta, a i zapewne prezydentem, bo Republikanie są w rozsypce i nie mają godnego go przeciwnika. Nic więc dziwnego, że sztab wyborczy Morrisa, a zwłaszcza młody, energiczny, pełen pomysłów i wiary w swojego kandydata Stephen Meyers (Ryan Gosling) stara się zrobić wszystko, żeby wygrał. Walcząc na kilku frontach jednocześnie Stephen traci czujność. Najpierw idzie na spotkanie, na które nie powinien pod żadnym pozorem iść. Potem idzie do łóżka z osobą, od której powinien się trzymać z daleka. Tak zaczyna się jego koniec. A przynajmniej koniec człowieka, jakim był i jakim zapewne chciałby pozostać.

Bismarck mawiał, że ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi dwie rzeczy: kiełbasę i politykę. I kiedy patrzymy na nieuchronny upadek Stephena Meyersa - człowieka, który wierzył, że pomagając wybrać Morrisa sprawi, że zwyczajnym Amerykanom będzie żyło się lepiej - musimy przyznać Żelaznemu Kanclerzowi rację. Wszystkie obietnice zostaną tu złamane, wiele zasad naruszonych. Nie tylko te, które kandydat narzucił sobie sam. Także te, których nigdy łamać nie wolno. Nie przypadkiem najważniejsza rozmowa tego filmu odbywa się w kuchni. Clooney reżyser zdecydował się na odważny (i jedynie słuszny) krok zostawiając w filmie otwarte zakończenie. Długo po wyjściu z kina zastanawiałam się, jakie będą dalsze losy Morrisa i Meyersa. I jak bardzo podobny jest świat przedstawiony w filmie do realnego. Kiedy patrzy się na trwające właśnie w USA prawybory, w których o szansę zostania prezydentem za pomocą brudnych chwytów i milionów dolarów walczą tym razem Republikanie, wniosek jest jeden - aż za bardzo.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl



Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów