To jedyna nominacja dla drugiej fabuły, lubianej za wielką wodą, Phyllidii Lloyd, która zadebiutowała obrazem "Mamma Mia!". Współpraca obu pań okazała się na tyle udana, że Angielka (która w chwili obejmowania stanowiska przez Margaret Thatcher miała 22 lata) zaproponowała amerykańskiej aktorce rolę "swojej" premier. Rolę podwójną: postarzona Streep żyje przeszłością. Wspomnienia ukochanego, teka minister edukacji, wreszcie 21 lat urzędowania wita w głowie przychylniej niż nudny "dzień dzisiejszy". Rozgrywane równolegle retrospektywy ułożone są grzecznie, chronologicznie. Tak naprawdę to biograficzny tryptyk. Nastoletnią córkę aktywnego politycznie sklepikarza, potem absolwentkę Oksfordu i kandydatkę do Izby Gmin, odgrywa Walijka Alexandra Roach, dla której występ będzie zapewne trampoliną do kariery.
Złoty Glob i (siedemnasta!) oscarowa nominacja dla Meryl Streep - przy braku innych wyróżnień dla produkcji - są symptomatyczne. To świetna rola i niezły, ale nie wybitny film. Prosty psychologicznie, z nielicznymi materiałami archiwalnymi, nie rodzi pytań i nie przywołuje napięcia lat biedy, zamachów i wojen. Żelazna Dama, zgodnie z przydomkiem, jest twarda, służbę narodowi stawia ponad służbę rodzinie. Odrodzenie gospodarcze, walkę z IRA i odzyskanie Falklandów - ponad dobro, a nawet życie jednostek. Władcza, lecz skromna, sama rezygnuje ze stanowiska. Postępowanie Thatcher jest zawsze usprawiedliwione, jej konsekwencja chwalebna, a przeciwnicy słabi, koniunkturalni i głupi. To bardziej hagiografia niż dyskusja na temat.
Co ciekawe, aktorka mówi jak Brytyjka i - podobnie jak Colin Firth w "Jak zostać królem" - przechodzi w filmie kurs panowania nad głosem, a jej wizerunek zmienia się znacząco po tresurze u piarowców. Szkoda, że Akademia nie doceniła charakteryzatora ani drugoplanowej roli Jima Broadbenta jako pozytywnego duszka - wyrozumiałego, wspierającego męża. Zepchnięty tu do lekkiej, komediowej roli Denis "Pierwszy Baronet" Thatcher to materiał na jeszcze ciekawszą biografię.