Z Barbarą Białowąs rozmawia Michał Karpa
Tytuł filmu i data premiery - na kilka dni przed walentynkami - same proszą, żeby przypiąć "Big Love" romantyczną łatę Ale tak nie jest! To obraz polemizujący z całym nurtem kina miłosnego. Antyromans, który przełamuje stereotyp obrazowania miłości. Zrobiłam go niejako w kontrze do tych wszystkich cukierkowych filmów miłosnych.
Co masz im do zarzucenia? Komedie romantyczne są niebezpieczne. Wpajają ludziom mit miłości idealnej, plakatowej i przez to bardzo powierzchownej. Ja jestem antyplatonistką, nie wierzę w idee czyste. Nie ma idealnej miłości, każdy ma swoją prywatną. I nie musi równać do sztucznie wykreowanych przez komedie romantyczne mitów.
Sama mówisz, że temat miłości został w kinie pokazany na setki sposobów. Dlaczego więc po niego sięgnęłaś? Miałam jeden cel - pokazać miłość trudną, pełną cierpienia, ale nie w stylu tzw. polskiego doła. Przeciwnie - w cukierkowej przeestetyzowanej formie. Nie chciałam szarych, ciemnych, brudnych zdjęć, raczej lukrowaną formę prosto z "Vogue". Bohaterowie są piękni, ale prawdziwi.
Hasła pojawiające się w zwiastunie "Big Love" - wbrew regułom, do utraty tchu, dzikość serca - nawiązują do konkretnych filmów. To tylko gra w skojarzenia, czy faktycznie te filmy i ich reżyserzy są dla ciebie wyjątkowo ważni? Tak, ale wymieniłabym jeszcze "Urodzonych morderców" Olivera Stone'a, "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky'ego czy "Gorzkie gody"
Romana Polańskiego. Ale w sumie najbardziej zainspirował mnie film "Trzeba zabić tę miłość" mojego opiekuna artystycznego, niestety nieżyjącego już Janusza "Kuby" Morgensterna.
Twój film czerpie z kultury popularnej, z drugiej strony podkreślasz, że to kino mocno autorskie. Czy twoim zdaniem jedno nie wyklucza drugiego? Posłużyłam się językiem popkultury, by obnażyć ją jeszcze bardziej, rozwalając ją od środka jej własną bronią. Lubię eklektyzm formy, dlatego posługuję się motywami zarówno z filmów dokumentalnych, teledysków, reklam czy komiksu. Są też w filmie sceny trwające w jednym ujęciu 2-3 minuty, czerpiące z ambitnego kina azjatyckiego w stylu Tsai Ming-lianga. Mówiąc najkrócej - zrobiłam film artystyczny, ale posłużyłam się środkami popkulturowymi.
Reżyserowałaś studenckie etiudy, filmy dokumentalne, a niedawno "Moją nową drogę" przygotowaną w ramach programu "30 minut". "Big Love" jest twoim pierwszym pełnym metrażem. Co było największym wyzwaniem przy realizacji dużej fabuły? Wcześniejsze doświadczenia i sukcesy filmów oraz praca z aktorami przy nich zaprocentowały przy pełnym metrażu, wiele już potrafiłam. Warsztatowo niczym się to nie różniło, jedynie maraton niespania był dłuższy. Wiadomo - w trakcie planu zawsze jest deficyt snu. Największym wyzwaniem była zatem walka z kondycją fizyczną (śmiech).
Nie tylko dla ciebie jest to pełnometrażowy debiut - w głównej roli kobiecej obsadziłaś Aleksandrę Hamkało, za kamerą stanął dobrze rokujący operator Bartek Piotrowski, również firma producencka przeciera sobie tym filmem szlaki w branży. Nie zapominajmy jeszcze o debiucie na ekranie Magdy Pociechy, również bardzo dobrej młodej aktorki. Jeśli chodzi o pracę z debiutantami, działałam dwutorowo - uczyłam ich warsztatu, a z drugiej strony stosowałam małe psychologiczne manipulacje. Ola przeszła na planie drogę od raczkującej do pewnej siebie aktorki, dokładnie jak filmowa Emilka. Stymulowałam tę przemianę, a zarazem kontrolowałam, żeby nie stała jej się psychiczna krzywda, żeby Emilka nie zawładnęła nią na stałe. Młode aktorki zbyt afektywnie podchodzą do roli, a mniej warsztatowo. Trzeba znaleźć im równowagę i prawidłowy wektor. Musze jednak przyznać, że wszyscy debiutanci - wraz z producentami - wykazywali cudowny entuzjazm i zapał do pracy.
W wywiadzie dla miesięcznika "Film" Ola Hamkało powiedziała, że spotkanie na planie z Antonim Pawlickim, który gra główną rolę męską, było starciem dwóch energii. Faktycznie iskrzyło? Tak, a ja poszłam za ta ich energią. Połowa sukcesu reżysera to dobra decyzja odnośnie obsady.
Do współpracy namówiłaś również Małgorzatę Pieczyńską, Roberta Gonerę, Adama Ferencego. Jak oni zareagowali na twój scenariusz? Profesjonalnie. Spotkania były konkretne, omawialiśmy psychologię postaci. Robert Gonera wniósł dużo ważnych uwag jako mądry, doświadczony aktor i człowiek. Bardzo mu za to dziękuję. Z Małgosią Pieczyńską od razu złapałyśmy doskonały kontakt. A Adam Ferency po przeczytaniu scenariusza od razu zrozumiał, o czym chcę zrobić ten film i dlaczego.
Ważną rolę w "Big Love" odgrywa muzyka. Skąd pomysł na współpracę z Mariuszem Szypurą, znanym między innymi z Silver Rocket? Kiedyś przeczytałam, że Mariusz marzy o robieniu muzyki do filmu, a ja miłością totalną kocham jego płytę "Tesla" - to
muzyczne arcydzieło. Kiedy się zgodził, wiedziałam, że muzyka w moim filmie będzie na wysokim poziomie i - co równie ważne - zadowoli mój prywatny gust.
Choć premiera dopiero dziś, wokół filmu już narosły kontrowersje odnośnie odważnych scen erotycznych. "Big Love" przesadnie epatuje seksem? W ogóle tak nie uważam. Sądzę wręcz, że jest ich za mało. Te sceny są mocno uzasadnione psychologią postaci. Niemniej po seansach widzę, że wiele osób sobie dużo dopowiada, przesadza z akcentowaniem golizny. Po prostu erotyczne dźwięki wydawane przez bohaterów chyba najmocniej działają na wyobraźnię widza. Ale też każdy ma inną granicę pruderii. Ja jej nie mam. Nienawidzę pruderii i kurtuazji.