>>
Opiekunka dla psa i kota Był czas, że tę książkę czytało się z nabożnością i stawiało za wzór "majstersztyku reportażu". Dzięki opisowi heroicznej walki Polaków pod Monte Cassino w 1944 roku, również sam Melchior Wańkowicz stał się kimś więcej niż utalentowanym twórcą haseł reklamowych i dowcipnisiem. Obwołano go mistrzem.
Na współczesnych reportaż Wańkowicza robił wielkie wrażenie. Autor brał udział w opisywanych wydarzeniach, relacje żołnierzy, od szeregowców do generałów, spisywał często ich historię pod ostrzałem. Nie udawał, nie ubarwiał, nie dodawał sztucznego heroizmu. Gdy któryś żołnierz stchórzył, Wańkowicz to zapisywał, choć starał się zrozumieć dezertera. Dla ówczesnych czytelników ta książka była nie tylko doskonałym reportażem, ale i opisem pierwszego zwycięstwa polskiego wojska nad Niemcami. Bez pomocy wszechobecnego sowieckiego brata. Czy można się dziwić, że - jak czytamy w posłowiu - "ta książka była czytana po domach, chodziła od wsi do wsi, ludzie słuchali jej z radością i ze łzami w oczach"?
Dziś znów dostajemy do rąk "Bitwę o Monte Cassino", którą wydawnictwo Prószyński i S-ka rozpoczyna wydawanie wszystkich dzieł Wańkowicza. "Bitwę" oparto na pełnym wydaniu z 1992 r. - nie ma w niej skrótów, których dokonał autor, by książka mogła być wydana w Polsce Ludowej w 1957 r. Dzieło uzupełniają przedmowa Normana Daviesa oraz appendix z dwoma przedmowami z 1954 r. autorstwa gen. Władysława Andersa, dowódcy walczącego pod Monte Cassino II Korpusu i jego zastępcy, gen. Zygmunta Bohusza-Szyszki.
Ale tak naprawdę najciekawsze w tej książce jest posłowie opisujące losy dzieła, autorstwa Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, pisarki, która w latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza. Autorka ukazuje tytaniczną pracę, jaką w powstanie książki włożyli Wańkowicz i jego współpracownicy. Na przykład pomoc grafika Stanisława Gliwy, dzięki któremu pierwsza, trzytomowa edycja zawiera 1968 ilustracji. Aż żal, że obecne wydanie ma ich ledwie kilkadziesiąt. Ziółkowska-Boehm pisze też, jak książkę przyjęto na emigracji oraz odsłania kulisy jej wydania w Polsce. Prostuje wszelkie narosłe wokół niej kłamstwa, jak to, że w skróconym polskim wydaniu nie padło ani razu nazwisko Andersa (w rzeczywistości pojawiło się 33 razy).
To posłowie czyta się dziś z większymi wypiekami niż historię o Monte Cassino. Opiewany majstersztyk Wańkowicza trąci już myszką. Pokolenia wychowanego na "Szeregowcu Ryanie" nie zachwycą opisy bitewne, a po 20 latach wolności książka zatraciła swój patriotyczny urok. Niemniej trudno sobie wyobrazić, żeby "Bitwy o Monte Cassino" nie mieć w domu. Nawet jeśli liter tego egzemplarza nie sczytamy niemal do białości.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl