http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mniej polityki, więcej muzyki

Edyta Błaszczak
2009-07-19, ostatnia aktualizacja 2009-07-19 20:31

Mniej niż w poprzednich latach biało-czerwono-białych flag - symbolu wolnej Białorusi i mniej okrzyków "Żyvie Bielarus" można było usłyszeć i zobaczyć na Festiwalu Basowiszcza w Gródku niedaleko Białegostoku. Kilkutysięczna publiczność dopisała jak zwykle. W dwudziestolecie festiwalu były wspominki , a punkrockowy zespól Ściana napisał specjalny utwór

Festiwal Basowiszcza
Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta
Festiwal Basowiszcza
ZOBACZ TAKŻE
>> Pij piesku, pij... Piwo dla psów...

Gdyby nie to, że ze sceny słychać było białoruski język, to przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że jest gościem jakiegoś zwykłego undergroundowego wydarzenia. Basowiszcza jednak są wyjątkowe. Świętujący w tym roku 20 lat istnienia festiwal wyrósł z buntu przeciwko traktowaniu kultury białoruskiej jako przaśnej i ludowej, stąd zawsze z leśnej sceny płyną raczej mocne brzmienia. Unikalność tego wydarzenia polega również na sposobie organizacji. Co roku nowe pokolenie podlaskiej organizacji - Białoruskiego Zrzeszenia Studentów (BAS) - bierze na swoje barki trud zapraszania kilkunastu zespołów z Białorusi. Przy niskich nakładach finansowych (głównie z Ministerstwa Spraw Zagranicznych) dwudziestolatkowie muszą zadbać o to, żeby nie zabrakło toalet, jedzenia, a na głośniki nie kapała woda.

Festiwal od początku swego istnienia był niekomercyjny i taki powinien pozostać - słychać było podczas jubileuszowej imprezy opinie ojców założycieli. Twierdzą oni, że to jedyny sposób na integrację środowiska polskich Białorusinów, których jest około 250 tysięcy. Przez dwie dekady w lesie zwanym Boryk, miejscowe elity różnych pokoleń spotykają się właściwie nie po to, żeby posłuchać muzyki, ale żeby być razem i rozmawiać. Na festiwalowym polu można było się na przykład natknąć na Leona Tarasewicza [światowego i tutejszego malarza] w kapeluszu i z cygarem.

Basowiszcza narodziły się z lokalnej potrzeby podtrzymywania tradycji i budowania mniejszościowej tożsamości. Kiedy jednak po drugiej strony granicy, w ich ideologicznej ojczyźnie, nastał reżim Łukaszenki, impreza przekształciła się w polityczną manifestację. Przez lata zespoły z Białorusi tylko na tej scenie, w polskim lesie, mogły dawać koncerty, bo w Mińsku, Mohylewie czy Witebsku zawsze znajdowano powód, żeby zamknąć klub. Wtedy w Gródku pojawiło się jeszcze więcej wolnościowych flag, a kilka tysięcy ludzi pełnym głosem wyśpiewywało między innymi hit NRM-u "Tri Czerepachi". Zespoły i młodzi ludzie mieli problemy z dostaniem wiz. W tym roku około 700 osób z Białorusi bez problemu otrzymało potrzebne do przekroczenia granicy papiery. Bo choć weterani sceny rockowej Ulis, Krama czy Neuro Dubel mogą grać u siebie bez ograniczeń, do demokracji w Białorusi jeszcze długa droga.

Aleksiej, 25-letni programista z Mińska na festiwal trafił przez przypadek. Jego pierwsza podróż stopem po Europie zaczęła się właśnie od Basowiszcza. - U nas niewiele mówi się o tym festiwalu. Coś o nim słyszałem, ale nie wiedziałem, że odbywa się właśnie teraz - mówił. - Nie bardzo chciałem tu przyjechać, bo białoruska muzyka nie jest na wysokim poziomie - dodaje. Pojechał, bo jednak był ciekawy czy Polacy są koneserami białoruskich dźwięków. Zaskoczyła go luźna atmosfera, spodobała mu się idea słuchania muzyki pod gołym niebem, czego w jego ojczyźnie nie uświadczy. Nie wie też, czy dojedzie do Hiszpanii jak planował, bo usłyszał, że za tydzień przy niemieckiej granicy obędzie się Przystanek Woodstock. - Jadę tam, bo widzę, że u was robi się bardzo fajne festiwale - mówił.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Źródło: Dziennik Metro
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy