Ponad 150 krajów, 68 języków. Magia Paulo Coelho działa na czytelników na całym świecie. Jego książki podnoszą na duchu, pocieszają, otulają jak ciepły koc. Jego proste rady, w tym ta najważniejsza - "ufaj swemu sercu" - trafiają do wielu, i nawet jeśli nie pomagają zmienić życia, pozwalają przez chwilę pomyśleć, że kiedyś spróbujemy to zrobić. Krytycy Coelho nie znoszą jego prozy, uważają, że jest banalna i tylko przebiera się w wydumany, filozoficzny kostium. Mimo to tysiące czytelników wciąż szukają w niej pocieszenia. Dziwne jest więc, że tak długo utwory Coelho musiały czekać na ekranizację. Wreszcie miłośnicy brazylijskiego pisarza doczekali się przeniesienia na ekran jego książki.
"Weronika postanawia umrzeć" to historia młodej Amerykanki, która bez specjalnego powodu - jest zdrowa, ma dobrą pracę, nieźle zarabia, nie przeżyła zawodu miłosnego - postanawia odebrać sobie życie. Impulsem do działania jest okładka magazynu o modzie z hasłem, że zielony to nowy czarny. Weronika nie chce żyć w świecie, gdzie wszystko toczy się wokół sprzedawania i kupowania. Bardzo metodycznie łyka więc rozmaite tabletki popijając alkoholem, odkręca głośno muzykę i umiera. A przynajmniej tak jej się wydaje. Weronika budzi się w prywatnej klinice psychiatrycznej, gdzie lekarze informują ją, że pękło jej serce i ma przed sobą zaledwie kilka dni, może kilka tygodni życia. Weronika ku swojemu zdumieniu odkrywa, że dopiero teraz czuje, co to znaczy żyć. I chce przeżyć dni, które jej zostały, jak najlepiej.
Wielbiciele Coelho znajdą w filmie to, co najbardziej cenią w powieściach swojego ulubionego autora, ale ubrane w melancholijne obrazy i doprawione sugestywną muzyką. Czy "Weronika..." spodoba się tym, którzy Coehlo nie czytali? Tak jak w książce jest to historia o tym, żeby iść własną drogą i żyć pełnią życia, bo każdy dzień może być ostatni. Naiwna historia, niepozbawiona jednak kilku smaczków.
Zakochałam się w Łodzi
Emily Young, zwyczajna dziewczyna z Londynu, studiowała na uniwersytecie w Edynburgu, kiedy odkryła, co chce robić w życiu. Opuściła Wyspy i przyjechała do egzotycznej Polski uczyć się reżyserii w słynnej filmówce. "Weronika postanawia umrzeć" to jej pierwszy duży film
Z Emily Young rozmawia Maja Staniszewska
Co sprawiło, że postanowiła pani zostać reżyserką?
- Mniej więcej do dwudziestki tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że są ludzie, którzy reżyserują filmy, że można tak żyć. Kiedy to do mnie dotarło, naturalnym było, że właśnie to chcę robić. Połączenie obrazów i słów bardzo do mnie przemówiło. Ale nie miałam kontaktu z nikim z branży filmowej. Musiałam ruszyć własną drogą.
Dlaczego zdecydowała się pani na łódzką filmówkę? To musiało być duże wyzwanie - obcy kraj, obcy język, obca kultura?
- Kiedy postanowiłam, że chcę studiować w szkole filmowej, wiedziałam, że nie chcę zostać w Wielkiej Brytanii. Była mi za dobrze znana, a brytyjskie filmy niezbyt mnie pociągały, nie czułam z nimi związku. Chciałam wyruszyć na wschód, odkryć nową kulturę, nowy język, zanurzyć się całkowicie w odmiennym środowisku. Na festiwalu w Edynburgu zobaczyłam niezwykły polski teatr i natychmiast poczułam więź z tym, co przedstawiali i jak to przedstawiali, choć nie rozumiałam ani słowa z tego, co mówili. Przyjaciel powiedział mi, że w Łodzi jest szkoła filmowa, więc wyruszyłam w podróż i... zakochałam się.
Wysiadła pani na dworcu Łódź Fabryczna...
- Był początek stycznia 1993 roku, minus 25 stopni. A ja miałam najdziwniejsze, najsilniejsze poczucie, że to jest moje miejsce! Kochałam to uczucie, jakie zrodziło się we mnie w Łodzi, jej architekturę, atmosferę. A kiedy dotarłam do szkoły, czułam bardzo wyraźnie, że po prostu musiałam tu trafić.
Studia spełniły pani oczekiwania?
- Szukałam ekstremalnych doświadczeń i w szkole je dostałam... Całkowite zanurzenie w małym świecie, niezwykle ciężka praca, robienie tak wielu ćwiczeń, jak się dało, oglądanie tak wielu filmów ze szkolnego archiwum, jak się dało. Uwielbiałam i, szczerze mówiąc, potrzebowałam twardego podejścia nauczycieli, ich wysokich standardów narzucanych studentom. Byli najostrzejszymi krytykami, z jakimi kiedykolwiek się spotkałam.
Jakie filmy zrobiła pani w Polsce?
- Kilka dokumentów m.in. o łódzkim kominiarzu, z którym spędziłam całe lato na dachach nad miastem i o głuchym i niewidomym rzeźbiarzu oraz kilka krótkich fabuł, z których jedna "Second Hand" zdobyła nagrodę w konkursie Cinefondation na festiwalu w Cannes.
Czy pobyt u nas jakoś panią zmienił?
- Myślę, że tak. Otworzył mnie na inne sposoby życia i przede wszystkim na inny niż anglosaski sposób robienia filmów. Sądzę, że obudził we mnie odwagę, żeby żyć pełniej i być bardziej otwartą.
Dlaczego zdecydowała się pani na ekranizację powieści Coelho? I dlaczego akurat "Weronika postanawia umrzeć" - pani, w przeciwieństwie do bohaterki, ma w sobie ogromną odwagę życia?
- To producenci zwrócili się do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym wyreżyserować tego filmu. To było dla mnie coś nowego, bo do tej pory zawsze sama pisałam scenariusze swoich filmów, a oni mieli już pierwszą wersję adaptacji. Podobała mi się atmosfera tego scenariusza, jego bajkowość. Wersje się zmieniały i w tym już uczestniczyłam. Uważam, że Paulo Coelho jest niezwykłym pisarzem - trafia do tak wielu ludzi ze swoimi książkami.
Co pani chciała przekazać widzom przez "Weronikę..."? - Mam nadzieję, że ludzie wyjdą z kina z poczuciem, że życie trzeba przezywać tak, jakby każdy dzień był ostatnim, że nic się nie traci, żyjąc odważnie i impulsywnie, że otworzą się na to, co może ich czekać za rogiem.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl
Źródło: Dziennik Metro