>>
Hotel dla psa i kota Z dyrektorem Warszawskiego Festiwalu Filmowego Stefanem Laudynem mailowała Edyta Błaszczak
Filmy otwierające tegoroczny festiwal to animacja science fiction "Metropia" i animowany "Esterhazy". Czy to oznacza nowy kierunek festiwalu? - "Metropia" jest filmem, który przemówił do mnie w sposób szczególny - i nie mówię tu o scenie, w której główny bohater słyszy w swojej głowie słowa: "Mam na imię Stefan. Jestem twoim głosem wewnętrznym". "Metropia" pokazuje pewien świat, pewien system, który jest niebezpiecznie blisko. Z kolei "Esterhazy" jest pełen uroku i ciepła. Poprosiłem autorkę panią Izę Plucińską, żeby ofiarowała nam jedną ze swoich plastelinowych postaci, która widnieje na naszych plakatach jako symbol festiwalu. Proszę też zauważyć, że większość filmów tegorocznego WFF to jednak nie są filmy animowane.
Festiwal trafił do grupy imprez najwyższej kategorii, jest na tej samej półce co np. Cannes. Co to oznacza dla widza? - Porównywanie się z Cannes byłoby arogancją z mojej strony. Wzrost prestiżu WFF oznacza, że trafiają do nas coraz nowsze filmy, zdarzają się wręcz europejskie czy międzynarodowe premiery. Sprzedawcy zaczynają się chwalić, że mają swoje filmy w Warszawie, umieszczają na plakatach nasz znak. Dzięki temu widzowie będą mogli obejrzeć te filmy, które są przedmiotem pożądania dyrektorów wielu festiwali.
W tym roku widzowie festiwalu zobaczą ponad 100 filmów. O które walczył pan najbardziej, do ostatniej chwili? - Wraz ze wzrostem prestiżu WFF coraz istotniejsza jest selekcja. Jesteśmy zasypywani zgłoszeniami, z których ponad 90 proc. odrzucamy. Ostatni film zaproszony na tegoroczny WFF to norweski "Upperdog" ze świetną Agnieszką Grochowską - pokazy w Warszawie będą pierwszymi poza Norwegią, gdzie film zdobył znakomite recenzje i świetnie wystartował w kinach.
Czym pan dziś kieruje się w doborze filmów? W latach 90., kiedy notorycznie brakowało biletów i w pierwszym dniu przedsprzedaży stawaliśmy w kolejkach o 6 rano, widzów znajdowało zarówno irańskie kino drogi, jak i zimne kino islandzkie. Dziś widz jest bardziej wymagający? - Przy doborze filmów kieruję się od zawsze tym samym - własnym gustem. W latach 90. brakowało biletów, bo nie stać nas było na wynajęcie większej ilości sal. Obecnie mamy ponad trzy razy więcej widzów - bez jakichś szczególnych kolejek. Odnoszę wrażenie, że widzowie - podobnie jak my wszyscy - szukają miejsc, którym mogą zaufać. Myślę, że jesteśmy takim miejscem i że widzowie to doceniają. Nie zależy mi, żeby na WFF "każdy znalazł coś dla siebie". To nie jest impreza dla każdego.
Jaki jest świat 2008/2009 w filmach WFF? - Fascynujący, dziwny, przerażający, piękny, beznadziejny, śmieszny - ile filmów, tyle spojrzeń na świat.
Prowadzimy teraz debatę o ściąganiu muzyki i filmów z sieci. Czy to realny problem dla festiwalu? Czy pokazywane tu filmy będzie można kupić w internecie? - Jestem organizatorem festiwalu, nie dystrybutorem. To są dwa różne zawody, których nie powinno się łączyć - z powodów etycznych. Moim zadaniem jest zwrócenie uwagi na filmy, które są w programie WFF. Dystrybucją niech się zajmują dystrybutorzy. Festiwal, póki co, nie odbywa się w sieci, lecz w kinach, gdzie trudniej jest spiratować filmy. Nie ściągam filmów z sieci ani tego nie pochwalam. Umożliwiam widzom oglądanie świetnych premierowych filmów za przystępne pieniądze.
Siedem filmów z wielkich festiwali do zobaczenia na WFF: 500 dni miłości - film o miłości, ale i portret współczesnego pokolenia dwudziestolatków (wyświetlane w Locarno i Sundance)
Adam - niezwyczajna komedia romantyczna o przeszkodach na drodze do intymności (nagroda w Sundance)
Fish Tank - przełamująca tabu opowieść o porywczej nastolatce (Cannes, Edynburg)
Lymelife - perypetie dwóch pokoleń w latach 70. (Sundance)
Mamut - o parze nowojorczyków, którzy muszą sobie poradzić wobec nieoczekiwanej lawiny zdarzeń (Berlin)