>>
Jamniki mają swoją paradę
Czy podobają się panu wszystkie książki, które pan wydaje?
- Nie wszystkie. Wiem np, że John Maxwell Coetzee to wielki autor, ale odstręcza mnie od niego obsesyjna potrzeba zanurzania się w najciemniejsze obszary ludzkiej psychiki, w chorobę, cierpienie, przemoc, śmierć. To jest genialne, to jest wielka literatura, ale to nie są książki, do których - przynajmniej ja - chciałbym powracać. To są rzeczy, które haratają duszę, które męczą. Bo książki mogą ranić. Tak jak filmy. Pamiętam, jakim koszmarnym doświadczeniem było dla mnie obejrzenie filmu Pasoliniego "Salo, czyli 120 dni Sodomy". Nie mogę słuchać pieprzenia, że to moralista, który ostrzegał świat przed złem. Nic podobnego. On był perwersem, który to uwielbiał i chłeptał z upodobaniem wszystkie możliwe zboczenia połączone z przemocą. Te obrazy są nie do zniesienia dla psychiki wrażliwego człowieka.
A czy odmówiłby pan któremuś z wielkich pisarzy?
- Może to nie jest popularne i wielu będzie ze mnie szydzić, ale nie chcę wydawać takich pisarzy jak Houellebecq, Jelinek czy Littell. Po pierwsze, jest tyle wydawnictw, które mogą to zrobić, a po drugie, dookoła nas jest tak wiele koszmarów, że nie powinniśmy sobie fundować jeszcze dodatkowych.
Książka powinna być azylem chroniącym przed złem tego świata?
- Każdy człowiek potrzebuje miejsca, w którym będzie się czuł bezpiecznie. I ja tak postrzegam odpowiedzialność wydawcy. Wydając książkę "plugawą", bierze się część odpowiedzialności za ludzi, których ta książka porani. Czytelnik może dokonywać wyborów, jakich chce, mogą być najbardziej perwersyjne, to jego sprawa. Ale wydawca jest w innej sytuacji.
Kiedy pan się zdecydował napisać swoją książkę?
- Chciałem zatrzymać pewien czas, obraz środowiska, portrety ludzi, których miałem okazję poznać. Wisława Szymborska opowiadała mi, jak jeździli z Kornelem Filipowiczem, Ewą Lipską i jej mężem na ryby, na grzyby i wymyślali całą masę wygłupów, zabawnych gatunków literackich. Mówiła: "Byliśmy młodzi, nieśmiertelni, nikt tego nie zapisywał" - i wszystko przepadło bez śladu, nikt już tego nie odtworzy. Chciałem, żeby te nasze zabawy, żarty, kabaretowe występy, ale też rozmowy, fascynacje, odkrycia, podróże mogły ocaleć. Pomyślałem, że dla czytelników możliwość poznania wielkich autorów z ludzkiej strony może być czymś ciekawym.
"Mój znak" wiele mówi o krakowskim poczuciu humoru i o bardzo specyficznym znakowskim klimacie.
- Ważne było dla mnie, żeby nasze żarty nie były tylko krakowskie, lecz śmieszyły także kogoś w Kołobrzegu czy Białymstoku. Nie pisałem książki dla wtajemniczonych. Przeciwnie, chciałem ten rodzaj ducha zabawy kultywowany w naszym kręgu przekazać innym ludziom, oddać atmosferę "naszego" Krakowa. Wisława Szymborska jest obdarzona fenomenalnym poczuciem humoru. Tak samo Stanisław Barańczak czy Bronisław Maj. Miłosz miał specyficzne poczucie humoru, ale też zarykiwał się z niektórych naszych żartów. Bronisław Maj na co dzień jest melancholikiem, ale jego teksty i przede wszystkim sytuacyjne improwizacje zwalają z nóg.
Do tej pory mógł się pan skutecznie schować za wielkimi nazwiskami pisarzy, a w "Moim znaku" uwaga jest skierowana właśnie na pana.
- Miałem wiele różnych obaw, zanim napisałem te książkę. Najbardziej nie chciałbym, żeby była odbierana jako kulturalne ocieractwo, przechwalanie się znajomościami z wielkimi ludźmi. Pamiętałem o tym, że jako wydawca pełniłem wobec nich rolę służebną, nawet jeśli obdarzali mnie przyjaźnią. Po 25 latach mógłbym napisać o wielu pisarzach różne rzeczy, nie zawsze przyjemne. Ale nawet nie przyszło mi to do głowy. Chciałem, żeby to była książka o przyjaźni, o dobrych uczuciach.
Jak to się stało, że Znak z małej oficyny związanej z Kościołem i "Tygodnikiem Powszechnym" stał się instytucją społecznego zaufania czytelniczego, która wydaje noblistów, najlepszych polskich autorów?
- Na to zaufanie Znak ciężko pracował przez 50 lat. Zaczynał w trudnych czasach, kiedy był na różne sposoby limitowany, cenzurowany. Ale dzięki temu, że Jacek Woźniakowski był wierny wyznaczonej linii, zyskał zaufanie nie tylko czytelników, lecz także autorów, którzy cenili sobie publikację w Znaku. I dziś o wiele łatwiej jest nam pozyskiwać pisarzy, jeżeli wiedzą, że znajdą się w towarzystwie Normana Daviesa, Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej albo Leszka Kołakowskiego. Nasza marka jest naszym głównym kapitałem i atutem.
Czy żałuje pan nie zawartych kontraktów, pisarzy, którzy wydają gdzie indziej?
- Żałuję, że nie wydajemy "Kubusia Puchatka". Ale jest wielu autorów, których chciałbym widzieć w Znaku. Czasami dzwonię do Jurka Pilcha i pytam: "Jak się czujesz na tym Titanicu, może byś się przesiadł do bezpieczniejszej szalupy?". Poczekamy, może kiedyś się przesiądzie.
Jak zmienił się czytelnik Znaku przez lata pana pracy w wydawnictwie?
- Cały czas się zmienia. Dawniej to były różne zacne i pobożne panie. Na pewno wiele tytułów, które publikowaliśmy później, mogło je szokować. Odbiorcą książek teologicznych, historycznych, filozoficznych zawsze była myśląca inteligencka publiczność. Są tacy, którzy uważają, że stoczyliśmy się w komercję, że to już nie jest ten Znak, co był. Bo nie jest! Już by go nie było, gdyby kurczowo się trzymał jakiejś zakrzepłej formy. Myślę, że sukces wydawnictwa polegał też na otwarciu się na zmiany. Staramy się odpowiadać młodym czytelnikom - stawiającym sobie pytania, szukającym w książkach przewodnika po świecie idei. Stąd za swój sukces uważam pozyskanie dla Znaku Małgorzaty Szejnert, Wiesława Myśliwskiego, Pawła Huellego, Kazimierza Kutza. Ale jest już cała generacja młodych autorów: Mikołaj Łoziński, Tomasz Różycki, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Szymon Hołownia, Vadim Makarenko, Darek Basiński . Ostatnio dołączył Marek Krajewski - mam nadzieję, że za nimi pojawią się następni. Myślę, że to się dobrze uzupełnia: nobliwi starcy, autorzy w kwiecie wieku i u szczytu formy, i ci młodzi, ciekawi, wstępujący na rynek autorzy.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl