>>
Jeżowe pogotowie
Końcówka 2009 r. to prawdziwy filmowy róg obfitości. Będą romantyczne komedie prosto z Polski ("Nigdy nie mów nigdy"), smutne komedie prosto z Norwegii ("Białe szaleństwo"), ostre horrory prosto z Hiszpanii ("Rec 2") i łagodne horrory ze Stanów ("Saga zmierzch: Księżyc w nowiu"). Opowieści wigilijne ("Opowieść wigilijna") i opowieści o narodzinach faszyzmu ("Biała wstążka"). Jednym słowem: dla każdego coś dobrego. Wszystkiego pewnie obejrzeć się nie da i będzie trzeba dokonać brutalnej selekcji. Postaramy się pomóc. Oto pięć premier listopada, których nie można przegapić.
Już w tym tygodniu warto pójść do kina na niezwykły dokument "Tybetańska księga umarłych", którego narratorem jest sam Leonard Cohen. Ten film nie dość, że przybliża nam wspaniałą, choć praktycznie nieznaną, systematycznie niszczoną przez chińskie władze tybetańską kulturę, to jeszcze pokazuje, że na śmierć można spoglądać ze spokojem, ba, nawet z uśmiechem.
W ten sam weekend do polskich kin wchodzi "Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Pod tym długim i dziwnym tytułem kryje się adaptacja pierwszej części bestsellerowej kryminalnej trylogii napisanej przez Stiega Larssona. Reżyser filmu Niels Arden Oplev nie utracił żadnego z atutów, które stały za literackim pierwowzorem. Jest pierwszorzędna intryga, napięcie, a przede wszystkim mroczny klimat, w którym odbija się Szwecja inna niż ta, którą zazwyczaj oglądamy na ekranie: szara, bura, niby otępiała, ale tak naprawdę skrywająca tragedie, zbrodnie i grzechy.
Ci, którzy nie gustują w kryminalnych historiach, powinni wybrać się na zabawny, inteligentny i przekorny film Andy'ego Bichlbauma i Mike'a Bonanno, który podbił serca publiczności tegorocznego festiwalu Planete Doc Review. "Yes-meni naprawiają świat" to ekscentryczny dokument, kronika działalności wywrotowej grupy, która przy pomocy absurdalnego humoru postanowiła obalić neoliberalny porządek. Premiera 20 listopada.
Ze wszystkich listopadowych premier najbardziej warte zobaczenia są jednak polskie filmy. Tak, tak, to żaden błąd w druku. Kino znad Wisły złapało świeży oddech. Żeby się o tym przekonać na własne oczy, najlepiej obejrzeć dwa najlepsze rodzime filmy mijającego roku, którymi spokojnie możemy chwalić się na świecie: "Rewers" Borysa Lankosza (premiera 13 listopada) i "Dom zły" Wojtka Smarzowskiego (27 listopada). Oba opowiadają o śmierci w starych, PRL-owskich dekoracjach. Każdy z reżyserów pokazuję ją po swojemu, ale równie przejmująco. Nie ma mowy o żadnym muzealnictwie. Jest świetne, żywe kino, które opowiadając o przeszłości, opowiada o nas obecnie.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl