Na mokradłach Everglades niedaleko słonecznego Miami zostaje znaleziona kobieca noga. Kiedy okazuje się, że należała do dziewczyny, której zaginięcie zgłoszono w Las Vegas, Horatio Caine, szef kryminalistyków z Miami, wzywa doktora Raya Langstona, swojego kolegę z Miasta Grzechu. Kolejne tropy prowadzą Langstona do Nowego Jorku, gdzie ekipa detektywa Maca Taylora próbuje rozwikłać zagadkę innej zaginionej kobiety. Wspólnie odkrywają siatkę specjalizującą się w przemycie ludzi i handlu organami. Tak w skrócie będzie wyglądał wielki serialowy crossover, w którym spotkają się bohaterowie "CSI: Miami", "CSI: NY" i "CSI", czyli "Kryminalnych zagadek Las Vegas", gromadzących przed telewizorami widzów z prawie 200 krajów. Pierwszy odcinek "CSI Trilogy" w Stanach już dziś.
Kryminalny tydzień Polski fan "Kryminalnych zagadek" z różnych miast może się z nimi nie rozstawać niemal cały tydzień. Cztery stacje pokazują różne sezony tych seriali od soboty do czwartku. Premierowe odcinki "CSI: Miami" i "CSI: NY" w Polsacie przyciągają milionową widownię.
- Jest zagadka, trochę strachu, ale sprawiedliwość zawsze zostaje wymierzona. Można spokojnie wyłączyć telewizor i iść spać z poczuciem, że wszystko jest tak, jak powinno - mówi doktor Paweł Waszkiewicz z katedry kryminalistyki UW. Na swoim wydziale prowadzi zajęcia "CSI Warszawa". Jedna grupa studentów odwzorowuje na nich miejsce przestępstwa, a druga - jak w serialu - zbiera i analizuje ślady, próbując dociec, jak wyglądało przestępstwo. Przychodzą i konfrontują z rzeczywistością to, co zobaczyli w telewizji. Wielu z nich nie ukrywa, że zajęcia - a nawet studia - wybrali właśnie z powodu serialu. Często z zaskoczeniem dowiadują się, że nauka naprawdę pozwala na eksperymenty, jakie przeprowadzają filmowi agenci.
- Element naukowy to dodatkowa zaleta serialu. Widzowie nie zawsze rozumieją, na czym polegają te wszystkie eksperymenty, ale widzą, że to dzięki nim posuwamy się do przodu - mówi Waszkiewicz.
Science tak, fiction - nie Serial od początku pełen był efektów specjalnych, które pozwalały zajrzeć do wnętrza ludzkiego ciała, odtworzyć tor pocisku, zrozumieć, skąd wzięły się takie, a nie inne ślady krwi. Kryminalistycy w "CSI" posługiwali się nawet urządzeniami, które jeszcze nie istnieją, co zaowocowało w 2004 roku nominacją serialu do nagrody Saturna przyznawanej produkcjom science fiction. Doktor Waszkiewicz zapewnia jednak, że - choć czasem wygląda to nieprawdopodobnie - serialowe CSI do fantastyki nie należy. - To oczywiste, że zagadki nie da się rozwiązać w 40 minut, są w serialach skróty - mówi. I z rozbawieniem wylicza serialowe uproszczenia: - Czasem bohaterowie mają nieziemską intuicję i wiedzą dokładnie, w którym miejscu wykorzystać argentorat czy inny proszek daktyloskopijny. Włączają światło ultrafioletowe podczas poszukiwania śladów krwi z użyciem luminolu, choć luminol świeci sam z siebie. Ich największy błąd jest taki, że zapominają o bardzo ważnej zasadzie, jaką jest unikanie kontaminacji - zanieczyszczenia miejsca przestępstwa poprzez naniesienie innych śladów albo zabrudzenie śladów istniejących. Kiedy bohaterka wchodzi z burzą loków na miejsce zbrodni, to nie ułatwia sobie i innym zadania, bo łatwo jej zostawić własne ślady. A wtedy cała praca idzie na marne - opowiada Waszkiewicz.
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl