>>
Witaminy dla psa i kota
Z Maciejem Maleńczukiem rozmawia Artur Tylmanowski
Miłość do dancingu odkryłeś po osiedleniu się na wsi?
- Odkąd mieszkam w Jodłowej, nagrałem już trzy płyty: dwa "Pyschodancingi" i jeden "Homos" [Homo Twist]. Urządziłem salę prób i mogę tam też nagrywać. I w końcu nikomu to nie przeszkadza. Jestem tu królem.
Królem dancingów?
- Wiesz, zrobiłem w tamtejszej sali gimnastycznej koncert z repertuarem "Psychodancing". Myślałem, że przyjdą starsi ludzie, a tam mnóstwo młodzieży! Wśród nich 12-14-letnie dziewczynki z rodzicami. I jak po trzecim, czwartym numerze te dzieciaki zaczęły tańczyć, to rodzice aż sobie z wrażenia usiedli. Prawdziwy rock'n'roll!
Czyli mieszkańcy cię zaakceptowali.
- Sekret tej asymilacji polegał na tym, że odkryłem, że jestem urodzonym wieśniakiem. Nagle zrozumiałem, że miasto to kpina, tu ludzie żyją jak szczury. Ani to zdrowe, ani to ładne, ani to moralne. I jak sobie to uświadomiłem, to gdzieś uleciała ta cała moja konfliktowość. Stałem się weselszy.
Czujesz się tu bezpiecznie?
- Pewnie! Prawo sąsiedzkie na wsi to jest coś zupełnie innego niż w mieście. Od kiedy mieszkam w Jodłowej, zginęła mi jedynie siekiera. I jeżeli ten, który mi ją buchnął, przeczyta ten wywiad, to niech wie, że po nią przyjdę, bo wiem gdzie jest (śmiech).
Numer "Przy kościele" z "Psychodancingu vol. 2" powstał z obserwacji?
- Tak, bo mieszkając na wsi, pojąłem, jaką funkcję odgrywa tu kościół. To jest tak jak ze stołem: jak mu odpiłujesz jedną nogę, to się przewróci. Chociaż jestem "ateuszem", to absolutnie zmieniłem na ten temat zdanie. Kiedy widzę np. mnichów buddyjskich protestujących w Birmie i kiedy przypominam sobie walki w Polsce o niepodległość, to widzę, że czy jest Bóg, czy go nie ma, kościół musi być! A jak się jedzie przez Jodłową, to mocno dziurawa droga nagle w okolicy kościoła robi się równiutka jak stół. Czyli jakaś siła wygładziła asfalt. "Przy kościele" to moim zdaniem najzgrabniejszy utwór na "Psychodancingu vol. 2". I dość mocno satanistyczny.
Satanistyczny? Chyba że chodzi o fragment "Pochędożyć, przylać pasem"...
- O wers "W zbożnym celu grzeszyć miło". Bo czy można grzeszyć z Bogiem na ustach? Chyba tak.
Nieprzypadkowo znalazłeś się na płycie "Evangelion" zespołu Behemoth, gdzie recytujesz wiersz Micińskiego "Lucifer"
- Chłopcy z Behemotha napisali do mnie, że "muzycznie obecnie znajdujemy się w innych światach, natomiast ideologicznie w tym samym". Więc zrobiłem to z przyczyn ideologicznych. Niezły jest ten tekst Micińskiego. Bo ten młodopolski satanizm jest taki ubrany w te wszystkie bluszcze. Bo kim byli Przybyszewski i cała ta ekipa? No, baptyści to to nie byli...
Wiązanka z płyty "Psychodancing vol. 2" to covery, między innymi wielkich hitów zawartych w Medley. Dorastałeś w ich rytmie?
- Nie, większość pochodzi z lat 70., kiedy ja byłem nastolatkiem słuchającym jazzu i nienawidziłem "Comment Ca Va". Ale bardzo lubię piosenkę "Lasciate mi cantare" i dlatego zrobiłem całego tego Medleya, żeby sobie w końcu zaśpiewać to "spaghetti al dente" (śmiech). Bardzo lubię "Nie płacz, kiedy odjadę". Uwielbiam Marinę Marinego i uważam, że to jest wybitny muzyk, którego się mało w Polsce zna. Poza tym, przy ładnych piosenkach o życiu czy miłości można sprzedać ludziom trochę jazzu.
Ale najbardziej lubisz jednak granie do niemych filmów. To prawda, że realizujesz się jako filmowy taper?
- Tak, z Robertem Tutą z zespołów Agressiva 69 i NOT oraz perkusistą Kubą Rutkowskim stworzyliśmy projekt Super Trio. Jeździmy po Europie, w miejsca, gdzie jest dużo festiwali filmowych. Gramy na żywo muzykę do przedwojennego polskiego filmu "Mocny człowiek", odnalezionego dopiero w 1997 roku w Belgii. To jest 1,5 godziny elektronicznej improwizacji. Dzięki samplerowi możemy zrobić tętent koni, burczenie silnika, dźwięk zapalanej zapałki. Jak dzwoni dzwonek do drzwi, to my dajemy podkład z dzwonkiem, a publika, zapatrzona w film, zapomina o naszym istnieniu. Jesteśmy wtedy malutcy, schowani.