Haneke jest ostry. Zawsze. Nieważne, czy kręci film we Francji, w Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech, efekt jest ten sam - chirurgiczna precyzja i otwarta rana. Austriacki reżyser używa kamery jak skalpela. Robi małe nacięcia, ale dociera tam, gdzie niewielu filmowców potrafi dzisiaj dotrzeć - do choroby, która mimo antytotalitarnych szczepionek, aplikowanych zachodniemu człowiekowi przez pisarzy i filozofów, jakoś nie może rozejść się po kościach. Haneke jest za mądry, by podsuwać widzowi jakieś odpowiedzi. Dobrze wie, że jest on z natury leniwy i właśnie odpowiedzi przede wszystkim łaknie, by mógł ją spokojnie włożyć do konkretnej przegródki i więcej się nią nie zajmować.
Prawie cała twórczość austriackiego reżysera jest ciągle ponawianą próbą odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się zło? A "Biała wstążka" jest ni mniej, nie więcej, filmem o narodzinach faszyzmu, a może raczej o narodzinach faszystów. Obserwujemy ich w małej, niemieckiej miejscowości na dzień przed inicjacją, po której będzie już tylko równia pochyła. Jeszcze są młodzi, jeszcze chodzą na rodzicielskiej smyczy, jeszcze całują ojca w rękę i karnie przyjmują spadające na ich grzbiety rózgi. Żyją w świecie uporządkowanym, w którym rządzą Bóg i ojciec, głowa rodziny. Ale ten świat zaczyna się im coraz mniej podobać. Nie wystarcza im, że krajobraz za oknem jest piękny jak na pocztówce, nie wystarcza im śpiewanie w kościelnym chórze pod dyktando dyrygenta. Sami chcą dyrygować, sami chcą tworzyć piękno. Piękno, o którym mają cokolwiek dziwne wyobrażenie.
Haneke, inaczej choćby niż Bauman, nie mówi, że przyczynią XX-wiecznych zbrodni była nowoczesność, utrata wiary w Boga i narzucone przez religię normy oraz prawa. Pokazuje, że to wszystko narodziło się w zwykłych, wiejskich domach, w których ojcom pomyliło się wychowywanie dzieci z zabawą w starotestamentowego Boga, który w ich interpretacji przypominał co najwyżej sadystę.
"Biała wstążka" to film perwersyjny. Jego perwersja polega na tym, że korzenie totalitaryzmu Haneke sfilmował na czarno-białej taśmie i pozamykał w pięknych,precyzyjnych kadrach, jakby wyjętych z przedwojennego iluzjonu. Nie liczcie jednak na seans rodem ze starego kina. Pomyślcie natomiast, czy precyzja jest kategorią estetyczną czy moralną?
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl