>>
Jak radzić sobie z wszystkojedzącym psem Aktor na wizji zaciekle kłóci się z krytykiem - Agnieszką Wolny-Hamkało - i zaproszonymi gośćmi. Nie przeprowadzają klasycznych analiz krytycznoliterackich. Żartują, po ludzku prowadzą spory. Andrzej Grabowski sprawdził się w roli przedstawiciela czytelników, jego komentarze są celne, a przede wszystkim osobiste i szczere. Wprowadza silny pierwiastek męski do programu prowadzonego w końcu przez kobietę. Czy skłoni do czytania miłośników Ferdynanda Kiepskiego? Pewnie nie, ale też o to się w programie nie stara. Z Andrzejem Grabowskim rozmawia Maja Staniszewska.
Co pan teraz czyta? - Książkę zadaną, "Przypadki inżyniera ludzkich dusz" Josefa Skvorecky'ego, laureata Angelusa sprzed kilku dni, Czecha z pochodzenia. Bardzo trudna, prawie dziewięćsetstronicowa, ale bardzo ciekawa książka o totalitaryzmie. To nie jest łatwe, czytać trzy książki tygodniowo, zwłaszcza że normalnie pracuję, czyli ledwo zipię. Zgodziłem się na próbę na kilka programów. Zobaczymy, czy dam sobie radę.
Jak pan czyta? Ulubiony fotel czy raczej wszędzie, gdzie się da? Jedną książkę czy kilka naraz? - Jedną książkę naraz i tylko wtedy, kiedy mam co najmniej godzinę czasu. Jeśli jej nie mam, nie ma co sięgać po książkę.
Będzie pan przedstawicielem zwykłego czytelnika, który wchodzi do księgarni, staje na środku i nie wie, co wybrać? - Tak. Program jest dla szerokiej publiczności. Od książek dla dzieci po pozycje bardzo trudne. Będzie więc i o Mikołajku, i o "Przypadkach inżyniera ludzkich dusz". Recenzowanie książek to nie jest mój zawód. Owszem, w życiu przeczytałem ich trochę, jedne mi się podobały, inne nie, nie zamierzam się popisywać moją wątpliwą erudycją, nie na tym to polega. Chcę mówić prościej niż mówią krytycy literaccy, zresztą inaczej bym nie umiał.
Jaka była pierwsza książka, którą pan pamięta, i którą pan przeżył, która coś dla pana znaczyła? - Co roku o tej właśnie porze staram się wracać do "Opowieści wigilijnej" Dickensa. Czytam, choć znam ją już na pamięć, ponieważ to książka, po której przeczytaniu człowiek staje się lepszy, zaczyna wierzyć, że życie nie jest aż tak paskudne, że ludzie nie są aż tak paskudni, że ja nie jestem aż tak paskudny, a nawet jeśli jestem, to może się zmienię. Polecam wszystkim. Zresztą każda książka, nawet ta, którą się odrzuca, oddziałuje. Jeśli denerwuje, to znaczy, że porusza, a jeżeli porusza, to zaczynam analizować, zadaję sobie mnóstwo pytań.
Czy "Hurtownia książek" to pożegnanie Fredynanda Kiepskiego? - Nie, ani mi się śni. Ja Ferdynanda Kiepskiego, którego nienawidziłem, z którego chciałem się wycofać, który mnie bolał, po latach polubiłem. Czasem głupota świadomie wybierana staje się środkiem przekazu. Natłok głupoty w "Świecie według Kiepskich" daje czasem do myślenia. W styczniu będę nagrywał "Hurtownię książek" i serial, będę więc wyglądał w programie jak Ferdek. To będzie ciekawe doświadczenie.
Czy dla widza to też będzie ciekawe doświadczenie - Ferdek z książką w ręku? - Nikt o tym głośno nie mówi, nawet ja, ale po cichu pewnie wszyscy na to liczą. Jeśli ktoś, dla kogo do końca życia będę Ferdkiem, przelatując w sobotę po programach, zobaczy swojego ukochanego bohatera, to może zostanie? Nie mówię, że zacznie czytać książki, ale chociaż o nich posłucha. A to już jest wstęp do tego, żeby za którymś razem powiedzieć: "a to, kurde, a se kurde se przeczytam, co mnie tam zależy, Ferdkowi się podobało, to może i mnie, może jakieś jajca są albo co".
Masz temat dla reportera Metra? Pisz:
metro@agora.pl