http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Raz, dwa, trzy, miasto patrzy

Tomasz Kurowski
2011-11-16, ostatnia aktualizacja 2011-11-17 11:03

W ciągu dwóch lat liczba kamer w naszych miastach wzrośnie nawet dwukrotnie. Wielki Brat najwięcej dowie się o warszawiakach, bo to w stolicy jest najwięcej kamer. Czy zapewni im to większe bezpieczeństwo, czy raczej da służbom większą kontrolę?


Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
Inteligentne kamery rozpoznające twarz? Oko Wielkiego Brata na każdym rogu ulicy? To nadal pieśń przyszłości, choć bliskiej, bo samorządowcy na potęgę inwestują w miejski monitoring.

Twierdzą, że wtedy będzie bezpieczniej. Ich tłumaczenie najwidoczniej przekonuje mieszkańców, bo nie dość, że nie ma zbiorowych protestów, to mieszkańcy wręcz żądają kamer w miejscach uważanych za niebezpieczne.

Najbardziej inwigilowanym miastem w Polsce jest Warszawa. Mieszkańców stolicy śledzi ponad 400 kamer. Są na przystankach, skrzyżowaniach, przy głównych ulicach. W ciągu dwóch lat przybędzie ich 25.

Kolejny na liście Poznań ma 179 kamer. Ale w przyszłym roku miasto przejmie od policji ponad 50 i założy kilkanaście nowych urządzeń. Następny Gdańsk ma 169 kamer, ale do Euro 2012 planuje zwiększyć tę liczbę. O ile, jeszcze nie wiadomo, za to pewne jest, że nowe kamery będą instalowane w miejscach, gdzie mogą pojawić się kibice.

Coraz więcej kamer

Inne miasta dopiero próbują gonić czołówkę. Łódź realizuje projekt Monitoringu Metropolitalnego. Po 2013 roku łodzian będzie śledzić 64 kamery (może być ich więcej) i 20 innych urządzeń (czujniki ruchu i stacje pogodowe). Projekt ma kosztować 24 mln zł. Pieniądze pójdą nie tylko na kamery, ale też na kable, komputery i 20 pracowników obsługi. Liczbę kamer podwoi Wrocław (ma 35, do końca 2013 będzie 75) i Katowice (teraz 27, w przyszłym roku 56 ). Trzystutysięczny Białystok za 3 lata będzie miał 160 kamer, a Lublin ponad 100.

Monitoring nie jest tani. Warszawa rocznie wydaje na niego 2 mln zł, Poznań - ponad 400 tys. zł, Wrocław 157 tys. zł, a Lublin 140 tys.

Policja zaciera ręce

Z rosnącej liczby kamer cieszy się policja. Rzecznik Komendy Głównej Policji Krzysztof Hajdas uważa, że monitoring to bardzo skuteczne narzędzie w walce z przestępcami. - Tam, gdzie są kamery, przestępczość spadła nawet o połowę - zapewnia. - Możemy też szybciej reagować. A jeśli dojdzie do przestępstwa, to można zanalizować zdarzenie i znaleźć sprawcę. - przekonuje Hajdas.

Stołeczna policja analizuje właśnie nagrania z zamieszek 11 listopada. - Od wczoraj ponad 50 policjantów z całej Polski ogląda taśmy z rozróby. Mamy już 30 rozpoznanych osób. Jest wśród nich np. mężczyzna z Bydgoszczy, który był już notowany za narkotyki - mówi rzecznik stołecznej policji Maciej Karczyński.

Jednak zdaniem ekspertów coraz większa liczba kamer wcale nie zapobiega przestępczości. - Można prześledzić przebieg zdarzenia, ale monitoring nie odstrasza przestępców i nie sprawia, że jest mniej przestępstw - przekonuje Dorota Głowacka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Pokazuje to przykład Wlk. Brytanii, gdzie chyba jest najwięcej kamer przypadających na jednego mieszkańca. W samym Londynie jest ich ponad milion (ponad 7 mln mieszkańców). Brytyjska policja już dwa lata temu przyznała, że dzięki kamerom zmniejszyła się jedynie liczba kradzieży aut na parkingach, a nagrań jest tyle, że nie ma ich kto przeglądać.

Są kamery, nie ma przepisów

A jak jest w Polsce? Jedyne dostępne badania autorstwa Pawła Waszkiewicza z katedry kryminalistyki UW, który zajmował się wpływem kamer na przestępczość warszawskiej Woli pokazuje, że Brytyjczycy mają rację. Okazało się, że przestępczość spadła i tam, gdzie są kamery i tam, gdzie ich nie ma.

Nie wiadomo też do końca, jak kamery wpływają na podglądane osoby. Z jeszcze niepublikowanych badań Julii Skórzyńskiej-Ślusarek, SMG/KRC i Fundacji Panoptykon wynika, że mieszkańcy przy obecności kamer okazują pewnego rodzaju znieczulicę. 44 proc. Polaków przyznało, że gdy widzą w pobliżu kamery, to nie reagują, widząc np. bójkę.

Dodatkowym problemem jest brak jasnych regulacji prawnych. Co prawda prawo do prywatności i ochronę wizerunku mamy w konstytucji, Ustawie o ochronie danych osobowych i Ustawie o imprezach masowych. Ale zawarte tam zapisy są zbyt ogólne lub odnoszą się do konkretnych sytuacji (w ostatnim przypadku koncert albo mecz). - Prawo nie precyzuje, kiedy i co można nagrać, kto może do nagrań mieć dostęp, jak długo mogą być przechowywane i co robić w przypadku publikacji. W efekcie nagrania mogą łatwo mogą stać się łupem podglądaczy i trafić np. do internetu - mówi Małgorzata Szumańska z fundacji Panoptykon.

Główny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych uważa, że przechowywanie nagrań to przetwarzanie danych osobowych. Swoje uwagi do obowiązujących przepisów wysłał do MSWiA już w zeszłym roku. Drugi raz w sierpniu tego roku. Bezskutecznie. Razem z GIODO prawo chroniące przed Wielkim Bratem chce zmienić rzecznik praw obywatelskich. Możliwe, że kamerami zajmie się Sejm przyszłej kadencji.



Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl



Źródło: Dziennik Metro
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy