Ilu ich jest - nie wiadomo. Skupiają się w nieformalnych grupach jak Hatak, Nast, Kinomania, Dark Project. To tłumacze hobbyści, robią i wrzucają do sieci polskie napisy do zagranicznych filmów i seriali. Tysiące fanów dosłownie liczą dni, aż tłumacz udostępni napisy do najnowszego odcinka ich ulubionego serialu - bez tłumaczenia zapewne filmów by nie ściągali, bo mało kto zna języki obce tak, by oglądać seriale w wersji oryginalnej.
Jaka to skala? W ciągu doby od pojawienia się w sieci nowego odcinka popularnego serialu ze strony napisy24. notuje się kilkadziesiąt tysięcy ściągnięć tłumaczeń.
Każda z grup specjalizuje się w innych gatunkach filmów. Nie mają formalnych struktur, za przywódców uważani są członkowie z największym autorytetem. Na tłumaczeniach nie zarabiają ani grosza - swoją pracą dzielą się bezinteresownie.
Wiemy, że dzięki nam ściągają Czy ja zachęcam ludzi do ściągania pirackich filmów? - zastanawia się Igloo z grupy Hatak. - Nikogo do niczego nie namawiam, nie reklamuję. Ale gdybyśmy nie tłumaczyli, to internauci by mniej ściągali - przyznaje Igloo. - Z drugiej strony wiem, że co poniedziałek, kiedy wychodzi nowy odcinek Californication, tysiące ludzi czekają na nasze tłumaczenie. Nie możemy ich zawieść.
Czekoladowy Blok z grupy Nast: - Na stronie naszej grupy często pojawiają się pytania: "czy zrobicie napisy do filmu X" itp. Kiedyś odpowiadałam: ludzie opanujcie się, idźcie do kina. Przed kompem w domu nie ma takiego skupienia, emocji, atmosfery i przeżyć jak w kinie. A to idziesz do ubikacji, a to po herbatkę, pauzujesz film, wracasz. Ale po pewnym czasie dotarło do mnie, że patrzę na ludzi z pozycji nieźle sytuowanej warszawianki. A przecież wielu mieszka w małych miasteczkach, gdzie nie ma kin, albo są młodzi i nie mają kasy. Wtedy moje wątpliwości prysły. Poza tym część filmów w ogóle nie wchodzi do polskich kin, albo z rocznym opóźnieniem, np. "Vicky Cristina Barcelona", Woody Allena. Nie wiem, ile trzeba mieć samozaparcia, żeby czekać rok na zobaczenie filmu swojego ukochanego reżysera - ja nie wytrzymałam.
Tłumacze nie mają poczucia, że kogoś okradają. Mimo to, ani Igloo, ani Czekoladowy Blok nie chcą podać swoich nazwisk. Tłumaczenia też podpisują pseudonimami. - Wszyscy teraz straszą ACTA. No i była sprawa serwisu Napisy.org. Choć w końcu umorzona, to były przesłuchania, naloty w domach, kłopoty.
Serwis oferował setki tysięcy napisów. W 2007 r., po doniesieniach dystrybutorów filmów i seriali
policja zatrzymała dziewięć osób, ośmiu tłumaczy i administratora. Strona została zamknięta. Według dystrybutorów osoba tłumacząca ścieżkę dźwiękową filmu musi mieć zgodę właściciela praw autorskich - inaczej łamie prawo. Zdaniem innych samo tłumaczenie jest dozwolone, nielegalne może być dopiero jego udostępnienie. Prawo nie jest precyzyjne i po trzech latach śledztwa okazało się, że prokuratura nie może postawić tłumaczom zarzutów: nie zdołała ustalić, kto jest autorem danego tekstu.
93 tłumaczenia Czekoladowy Blok jest 34-letnią mamą dwóch chłopaków, jeden ma 4 lata, drugi sześć. Zajmuje się dziećmi, na rodzinę zarabia mąż, informatyk. - Tłumaczyć zaczęłam dawno temu, z nudów. Lubiłam oglądać filmy i seriale, ale drażniła mnie niska jakość tłumaczeń w polskiej sieci. Postanowiłam zrobić własne. Nick wymyśliłam podczas gotowania deseru dla dzieci.
Nie jest anglistką, ale język to jej wielka pasja, a napisy to największe hobby. Zagrzebana w
słowniki (Igloo i Blok używają też internetowego Urban Dictionary, ze względu na tysiące slangowych zwrotów, których nie ma w innych słownikach), tłumaczy tylko nocami, kiedy dzieciaki już śpią. Na koncie ma 93 tłumaczenia i 264 korekt. Głównie seriale. Najbardziej dumna jest z tłumaczenia serialu "Mad Man". - Stylowy obraz nowojorskiego świata reklamy i specyficzny slang korporacyjny to było prawdziwe wyzwanie. Spędziłam godziny, szukając nazwy pewnego amerykańskiego lizaka popularnego w latach 60. w
USA - wspomina.
Czekoladowy Blok tłumaczy ze słuchu, lubi obserwować jak aktorzy gestykulują, dopiero wtedy ma pewność, jak tłumaczyć. - Jak mam zapał, to potrafię przetłumaczyć napisy do odcinka serialu w jednej dzień, jak nie, to w kilka dni. Najpierw obowiązki domowe i życiowe, hobby później.
- Kiedyś zgłosił się człowiek, proponował pieniądze za przetłumaczenie filmu dokumentalnego. Odmówiłam, bo nie miałam czasu - właśnie robiłam napisy do serialu - opowiada.
Igloo: musi być jakość Igloo, rocznik '89, jest studentem anglistyki ze Szczecina, pracuje w wydawnictwie lingwistycznym, dorabia jako tłumacz. W Hataku uznawany jest za autorytet - grupa działa od ponad 10 lat, skupia ok. 20 tłumaczy.
- Najważniejsza jest jakość napisów, nie szybkość wrzucenia do sieci. Musi być synchro, czyli napisy muszą się zgadzać z tym, co się dzieje na ekranie. Żadnych błędów, literówek, poprawna interpunkcja. Trzeba też skracać zdania, z pięciu zrobić trzy, żeby wszystko pasowało. Ważny jest podział linijek, żeby były schludnie i przejrzyste - opowiada. - Wewnątrz grupy dzielimy się filmami, ustalamy, kto tłumaczy, kto robi korektę. Moim guru był Hudy z Dark Project. Nigdy go nie poznałem w realu, nie wiem, jak wygląda, ale to on pokazał mi, jak się robi dobre napisy.
Czy grupy tłumaczy ze sobą rywalizują? - Nie wiem dlaczego, ale tak. Która szybciej wrzuci napisy do sieci. Np. do serialu "Gotowe na wszystko" w pewnym momencie było sześć tłumaczeń. Co z tego, że cztery były bez korekty, toporne, ze strasznymi błędami. Mistrza nie mam, ale imponował mi 14-latek Ian, który był w naszej grupie zanim poszedł do liceum. Przetłumaczył ponad 120 odcinków, m.in. z "No ordinary family", "The Gates", "Merlina" - mówi Czekoladowy Blok.
My nie kradniemy, to nas okradają Za swego wroga tłumacze uważają popularny program NapiProjekt, który automatycznie ściąga na komputer i dopasowuje napisy do wybranego filmu. Ale wycina przy tym stopkę tłumacza i pozbawia go kontroli nad tym co zrobił: nie można nanieść poprawek, zmienić wersji. - Kradnie i żeruje na naszej pracy - złości się Czekoladowy Blok.
A uznanie użytkowników i środowiska to dla tłumaczy największa nagroda. - Dostajemy sporo maili z podziękowaniami i to jest ogromna satysfakcja - mówi.
Boją się też kontrowersyjnej ACTA - umowy która ma wprowadzić standardy walki z piractwem w sieci. - Drażni mnie tłumaczenie rządu, że te umowy nie wnoszą niczego nowego. Tymczasem otwierają furtkę organom ścigania do całkowitej inwigilacji infosfery. Boimy się, że my też znikniemy - przyznaje Igloo.
Czy ściągałbyś filmy, nie mając dostępu do polskich napisów? Komentuj na
facebooku lub pisz:
metro@agora.pl Masz inny temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl