Sześcioletnie
dzieci wiedzą, że obcym nie należy ufać. Od kilkunastu lat wiadomo też, że osoba po drugiej stronie sieci niekoniecznie musi być tym, za kogo się podaje.
W ub. tygodniu Klaudiusz Slezak, doświadczony dziennikarz Polsat News opublikował na portalu Gazeta.pl historię swojej facebookowej znajomości z tajemniczą pięknością. 29-letni reporter przyznaje, że jeszcze nigdy jego
praca nie wywołała tylu komentarzy co sprawa Magdy M. Chyba robi dobrą minę do złej
gry, bo komentarze po jego tekście powinny być dla niego kubłem zimnej wody.
Naczelny "Playboya" Marcin Meller nazwał go "napalonym kretynem", który dał się wkręcić. Samuel Rodrigo Pereira, dziennikarz "Gazety Polskiej" pisał "Chłopie, chwalisz się extra gugl śledztwem" czy flirtowaniem z mężatką? Co na to żona i dwójka dzieci?". Internauci wytykają dziennikarzowi niebywałą wręcz naiwność i brak obycia w sieci (rozsyłają sobie np. żartobliwe poradniki, jak rozpoznać, czy postać na Facebooku jest nieprawdziwa).
A zaczęło się od tego, że kilka tygodni temu Slezak dał się zaprosić na Fejsa przez piękną dziewczynę z działu PR w koncernie ITI. Wśród znajomych miała już wielu jego kolegów z branży, więc Slezak zaproszenie przyjął i stał się jej aktywnym znajomym. Lajkował, komentował, wymieniał z Magdą M. (nie chce ujawnić jej nazwiska) nawet kilkadziesiąt wiadomości dziennie. Magda M. była skarbnicą plotek i pikantnych szczegółów z polskiego "szołbizu". 150 dziennikarzy, wydawców, producentów, PR-owców z dnia na dzień "polubiło" Magdę M., mimo że żaden z nich nigdy nie widział jej na oczy, ani nawet nie rozmawiał przez telefon.
Slezak - jak twierdzi w ramach dziennikarskiego śledztwa - wszedł z nią w "kontrolowany flirt". Ona zaprosiła go na swój ślub, opowiadała o swoich rozterkach z powodu ciąży. On wielokrotnie proponował kawkę, lecz zawsze coś w ostatnim momencie krzyżowało im plany.
W końcu odkrył, że Magda M. to wymyślona postać i nikt taki w dziale PR w ITI nigdy nie pracował. Kiedy zdradził Magdzie M, że o tym wie, ta zniknęła z Fejsa. Dziennikarz postanowił całą sprawę opisać krok po kroku w formie reportażu śledczego.
Michał Olech z Kampanianazywo.pl potwierdza: Widziałem dużą aktywność Magdy M. na Facebooku. (...)Jeden fragment daje do myślenia: (Magda M.) Ma dużą wiedzę, zwłaszcza jeśli chodzi o TVN. Doskonale orientuje się w sympatiach i antypatiach zespołu z Wiertniczej".
- Mój dziennikarski nos mówi, że przyznanie się to najlepsza metoda na uniknięcie szantażu - napisał na Twitterze Cezary Gmyz z "Rzeczpospolitej". W rozmowie z Robertem Mazurkiem dodał: "Nie wykluczam też, że to jeden z fałszywych profili zakładanych przez służby celem pozyskiwania informacji ze środowiska. Mówił mi o tym pewien funkcjonariusz, że to teraz ulubiona metoda".
Z Klaudiuszem Slezakiem rozmawia Igor Nazaruk Czy nie żałujesz, że napisałeś ten tekst? Jest bardzo osobisty, ze szczegółami opisałeś swoje "śledztwo". Internauci, ale też ludzie z branży zmiażdżyli cię krytyką. Było warto? - Trudne pytanie. Z jednej strony żałuję, bo zmieszano mnie z błotem. Z drugiej nie żałuję, bo dotknąłem tematu tabu. Dostałem kilkadziesiąt maili z podziękowaniami, że się nim zająłem. Czytelnicy piszą, że im pomogłem, zwróciłem uwagę, aby stali się bardziej czujni i uważni. Chyba było warto.
Wiele komentarzy jest, delikatnie mówiąc, nieprzychylna dla ciebie. Poza tym wybacz, ale przecież każdy użytkownik Fejsa wie, że pełno w nim fałszywych kont. Ameryki nie odkryłeś. - Niby tak. Ale chciałem pokazać, że Facebook i inne portale społecznościowe to nie są takie hop-siup i pełno w nich oszustów. Niby każdy o tym wie, a jednak 150 dziennikarzy, ludzi z branży z największych koncernów medialnych w tym kraju dało się nabrać na znajomość z Magdą M. A ilu zwyczajnych użytkowników sieci daje się wrobić, ilu wysyła pieniądze, dane osobowe? To duży problem, o którym nikt nie mówi. A Magda M. to mistrzowska mistyfikacja.
Czy dowiemy się, kim ona jest? - Nie, raczej nie. Chyba że ITI będzie chciało sprawę zbadać. Ja przecież nie pójdę do prokuratury, co miałbym im powiedzieć, że dałem się wkręcić?
Wciąż prowadzisz śledztwo? - Opieram się jedynie na domysłach. Ludzie piszą, że wiedzą, kim ona jest, ale nie mam żadnych dowodów. Koledzy dziennikarze mówią, że mogłem paść ofiarą prowokacji służb specjalnych np. ABW. Nie wykluczam tego.
Czy pracujesz nad tematem, który może interesować służby? - Nie pracuję nad żadną sprawą, która może interesować służby. Jestem newsowcem, ale wśród znajomych Magdy M. było wielu dziennikarzy śledczych. Mogłem być takim "punktem odbicia", jedną z osób, które uwiarygodnią Magdę M.
W tekście piszesz, że wymienialiście kilkadziesiąt wiadomości dziennie, o czym rozmawialiście? - Głównie o pierdołach typu fotelik samochodowy czy zapinanie pasów w samochodzie. Denerwowałem się na nią, że pisze do mnie, prowadząc
samochód. Opowiadała mi o pikantnych szczegółach dotyczących ludzi z TVN. Znała ze szczegółami relacje, jakie panują na Wiertniczej. Jej obserwacje dotyczyły ludzi, których nie znamy z ekranu, wydawców, producentów. Pisała, kto jest z kim i dlaczego.
Dlaczego rozmawiałeś z obcą osobą, której na oczy nie widziałeś, na prywatne tematy dotyczące innych? - Nigdy nie prowokowałem tych rozmów. Nie interesują mnie plotki, nie wchodziłem w szczegóły, nie komentowałem pikantnych informacji. Ona sama mi opowiadała o wszystkim. Z drugiej strony interesowały mnie te plotki ze względu na moje śledztwo. Liczyłem, że w ten sposób dowiem się, kim jest Magda M.
A jak twoja rodzina, żona, znajomi komentują ten tekst i krytyczne komentarze po nim? - Żonie jest bardzo trudno, ogromna część komentarzy była poniżej pasa. Ludzie zarzucają mi, że miałem romans i próbuję się wybielić. A ja informowałem żonę o śledztwie. Ustaliliśmy, że muszę nawiązać pewien rodzaj flirtu z Magdą M., żeby ustalić, kto to jest. Żona od początku wiedziała o wszystkim. Żałuję tylko, że w tekście za mało o tym napisałem. Może wtedy rodzina uniknęła tych przykrości. Teraz dzwonią znajomi i pytają, czy u nas wszystko w porządku.
A może uległeś magii flirtu? Może spodobała ci się Magda M.? Jesteś kobieciarzem? - Nie wiem, jaka jest opinia środowiska, nie interesuje mnie. Czy jestem kobieciarzem? Nie wydaje mi się. Ja po prostu lubię rozmawiać z ludźmi, niezależnie od płci lubię ludzi.
TVN: Nie komentujemy sprawy Igor Nazaruk: Czy zamierzacie powiadomić prokuraturę, aby zbadała sprawę Magdy M.? Aby ustalić, kim jest osoba podająca się za waszego pracownika? Karol Smoląg, rzecznik TVN: - Nie będę się na ten temat wypowiadał, nie udzielam żadnych informacji ad hoc. Nie muszę komentować wszystkiego, o czym informuje prasa.
Widzimy to, co chcemy Dominik Batorski, socjolog internetu- Ciekawe, po co ktoś miał tworzyć postać przez półtora miesiąca? W jakim celu? Podszywanie się pod kogoś innego jest stare jak sam internet. Dziś można nawet kupować fanów na Facebooku (w milionach). Ale ujawnianie, że ktoś kłamał zawsze wywoływało oburzenie i poruszenie. Nie chcę moralnie oceniać dziennikarza. Zadziałał tu pewnie element weryfikacji - łatwo uwierzyć osobie z "naszych kręgów". Posługując się internetową - tekstową komunikacją, nie otrzymujemy znaków pozawerbalnych, więc zostaje duże pole do interpretowania - do postrzegania drugiej osoby, dopasowywania jej do własnych wyobrażeń.
Sprawa budzi emocje, bo to mogło się przydarzyć każdemu z nas Maria Cywińska, socjolożka internetu, blogerka- Zaskoczyło mnie, że ten chłopak tak jawnie zwierza się, że zakochał się w tej dziewczynie. Rozmowy o wózku, propozycje kawy - czysta dialektyka miłości i podrywania. Myślę, że on tak bardzo obnażył siebie, bo to najlepsza metoda przyznania się do błędu. Jak przeczytałam jego tekst, pomyślałam sobie: Ale jego żona musi być wkurzona. Nie sądzę, żeby ta historia była warta aż takiego zainteresowania. Ale wywołuje emocje, bo to mogło się przydarzyć każdemu z nas. Zaczynamy myśleć przez pryzmat własnego profilu na Facebooku - czy wśród naszych znajomych na pewno wszystkich znamy?
To historia uniwersalna, zdarzała się i wciąż będzie się zdarzać jak w filmie "Utalentowany Pan Ripley". Zawsze polegaliśmy na rekomendacjach (Slezak przyjął Magdę M. do grona znajomych, bo inni ją znali), a często okazywały się one złudne. Nie zdziwiłabym się, gdyby to jakaś dziennikarka prowadziła grę ze Slezakiem, że by potem napisać o tym reportaż, a on ją wyprzedził. Rodzą się plotki o inwigilacji dziennikarzy przez służby czy prowokacji samego koncernu. Swoją drogą, to brzmi jak gotowy scenariusz do komedii romantycznej.
Co o tym myślicie? Piszcie: metro@agora.pl lub komentujcie na
facebooku.
Masz inny temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl