Zaproszenie do debaty podpisane przez ministra cyfryzacji Michała Boniego dostali e-mailem w piątek po południu. Rząd zaliczył ich do grona kilkuset ekspertów, których opinie o ACTA chce poznać. Jednak żaden z nich nie pojawił się w kancelarii premiera.
Na swoich blogach wyłożyli, dlaczego nie pojawią się na debacie, m.in.: "Jeśli premier zwróci mi koszty podróży i zapłaci za mój czas, mogę się z nim spotkać", "Ta debata to PR-owy zabieg". Kim są ludzie, którzy pogardzili spotkaniem z szefem rządu? Dlaczego właśnie ich zdania Boni i Tusk byli ciekawi?
Blogerów, którzy nie pojawili się wczoraj u Tuska, było więcej. My wybraliśmy trzech, którzy - naszym zdaniem - w najciekawszy sposób uzasadnili w swoich wpisach decyzję o zignorowaniu zaproszenia od premiera.
Dr Marek Minakowski, minakowski.plW czerwcu skończy 40 lat, mieszka w Krakowie. Do premiera nie przyjechał, bo jego zdaniem prawdziwa dyskusja o ACTA toczy się w sieci. Kiedy surfuje po internecie, czuje się jak u siebie. "Podłączony jest" całą dobę. Kilkanaście godzin dziennie pracuje przy komputerze, ale loguje się też do sieci przez telefon.
Piętnaście lat temu obronił doktorat z filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wtedy też zaczęła się jego przygoda z internetem. Szukał pracy, a Onet potrzebował ludzi. Dostał się, współtworzył m.in. redakcję gospodarczą, później odpowiadał za treści naukowe portalu. W ub.r. postawił na własną działalność.
Jego nazwisko świetnie znają pasjonaci genealogii. Minakowski stworzył m.in. dwie internetowe bazy genealogiczne, w których znajduje się kilkaset tysięcy osób. Co miesiąc odwiedza je ok. stu tys. osób. Sam jest potomkiem uczestnika Sejmu Wielkiego. To z jego inicjatywy sześć lat temu powstało Stowarzyszenie Potomków Sejmu Wielkiego, którego "głównym zadaniem jest krzewienie patriotyzmu i uświadamianie wszystkim, iż Rzeczpospolita nie spadła z kosmosu, ale była dziełem naszych przodków, których krew do dzisiaj w nas płynie" (ze strony SPSW).
Dyskusja o ACTA wciągnęła go, bo jednocześnie interesują go prawa twórcy i użytkownika sieci (prowadzi też bloga). Nie chce nazywać się ani blogerem, ani internetowym przedsiębiorcą. Uważa, że najlepiej to, co robi w sieci, opisuje informacja zamieszczona pod logo jego strony Minakowski.pl: "Uprawianie nauki przy użyciu internetu". Marzy mu się, by politycy zrezygnowali z tradycyjnych konsultacji społecznych, w których o zdanie pytane są tylko korporacje biznesowe i organizacje pracownicze, a do dyskusji mógł włączyć się każdy, kto chce. - Jeśli ktoś wychwyci bubel w ustawie, będzie mógł powiadomić o tym władzę, a ona nie będzie mogła tego zignorować - opisuje. Wierzy, że to tylko kwestia czasu.
- Wikileaks udowodniło, że nie da się ukryć informacji. Zawsze znajdą się "ujawniacze" - mówi.
Chce też, by politycy "wyszli" z telewizora. - Stamtąd tylko oni mówią, a my nie mamy głosu. Niech przyjdą do nas, gdzie obie strony są równoważne - dodaje.
W ostatnich wyborach głosował na partię, która nie miała szans wejść do Sejmu.
O Bonim: - Dał się poznać jako dobry negocjator w konfliktach ze związkowcami. Nie słyszałem, żeby stworzył jakiś przełomowy projekt w dziedzinie internetu.
Ma żonę i córkę. Czyta głównie książki, które przydadzą mu się do pracy: historyczne i o prowadzeniu biznesu w internecie. Do kina nie chodzi.
- Przeczytałem greckich dramatopisarzy w oryginale, więc nie mam kompleksów, że nie znam dzisiejszych twórców - kwituje.
Piotr Konieczny, niebezpiecznik.plPrzed trzydziestką. Na debatę dostał podwójne zaproszenie: od Michała Boniego i bezpośrednio z kancelarii premiera. Żałuje, że tak późno (piątek wieczór), bo poniedziałek miał już zaplanowany i nie mógł wyjechać do Warszawy. Na swojej stronie (Niebezpiecznik.pl) formę zaproszenia określił jako: "wysoce niestosowne zachowanie".
Siebie opisuje jako poważnego i spokojnego człowieka. W Krakowie od dwóch lat prowadzi firmę zajmującą się bezpieczeństwem komputerowym i szkoleniami na ten temat. Miesięcznie serwis ma 800 tys. odsłon. Od kiedy wybuchła afera z
Anonymous, w mediach pojawiał się jako ekspert w zakresie ochrony przed internetowymi. Podejrzewa, że właśnie dlatego dostał zaproszenie od rządu.
Nie było go u Tuska, ale dwa lata temu z dyskusji z premierem nie zrezygnował. Wtedy debata dotyczyła rządowego pomysłu stworzenia rejestru stron niedozwolonych. Nie był w kancelarii, ale wysyłał pytania na czacie. - Dziś głosy wirtualne mają taką samą moc jak krzyki górników na ulicach - stwierdza.
Wierzy, że przeciwko ACTA warto było też zaprotestować w "realu". Na swojej stronie zachęcał do protestów przeciwko umowie (sam w tym czasie był za granicą).
Studiował na AGH, ale po dwóch latach wyjechał do Szkocji. W Glasgow skończył informatykę na Caledonian University, po czym wrócił do kraju. - Wyjazd to był strzał w dziesiątkę. Możliwość obcowania z różnymi narodowościami otwiera oczy na sprawy różnic kulturowych oraz sztukę kompromisu - stwierdza.
Przyznaje, że do sieci "podpięty jest cały czas". - Jak nie korzystam z laptopa, to z
iPhone'a. Dostęp do internetu uważam za tak podstawowy element życia jak energię elektryczną czy bieżącą wodę - mówi.
Przez sieć rezerwuje hotele, sprawdza drogi dojazdu, szuka dobrej knajpki na
obiad. Jeśli czyta, to na Kindle'u (czytnik do e-booków), choć na książki niezwiązane z pracą brakuje mu czasu.
Lubi seriale amerykańskiej wytwórni Showtime [wyprodukowała m.in. serial "Dexter" - red.].
Paweł Tkaczyk, paweltkaczyk.midea.plMa 34 lata, we
Wrocławiu prowadzi agencję reklamową. Mówi, że w życiu robi to, co kocha. Na debatę przyjechałby, gdyby nie napięty poniedziałkowy grafik - wczoraj cały dzień prowadził szkolenia (uczy zarządzania marką).
- Jeśli założymy, że nie spędzam moich dni "przy piwku, oglądając pornola" (jak któryś z rządzących raczył już podsumować internautów), ciężko liczyć na to, że rzucę wszystkie zobowiązania i pobiegnę na ciastko do kancelarii premiera - napisał w weekend na swoim blogu o zaproszeniu od Tuska.
Tkaczyk pisze o nowoczesnym marketingu. W subiektywnych rankingach przygotowywanych przez Kominka, gwiazdę polskiej blogosfery (też zbojkotował zaproszenie prtemiera), znajduje się w ścisłej czołówce najbardziej wpływowych blogerów. - To, co piszę, ma dosyć duży oddźwięk. Pewnie dlatego zostałem zaproszony na debatę - przyznaje.
Choć nie angażuje się na co dzień w politykę ("Interesuję się nią tyle, ile przeciętny Polak"), w czasie sporu o ACTA intensywnie zabierał głos, głównie na portalach społecznościowych. Nie podobało mu się, że rząd tak próbował zamieść sprawę pod dywan.
Skończył MBA na wrocławskim Uniwersytecie Ekonomicznym. Żonaty, dwójka dzieci. Uwielbia horrory klasy B. Mówi o sobie: gadżeciarz. Z internetem się nie rozstaje. - Jestem "heavy userem". Śledzę nowinki i traktuję sieć jak poligon doświadczalny. Szukam kolejnych możliwości wykorzystania jej w swoim życiu - mówi.
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro@agora.pl