Pan Krzysztof wracał z rodziną z urlopu. Auto zapakowane po dach, z tyłu dwójka
dzieci. Na jednej z podwarszawskich dróg dziura na dziurze. Kierowca jeździł tą drogą, więc specjalnie zmniejszył prędkość - do ok. 50 km na godz. Mimo to jedno z kół nie wytrzymało. Pęknięta opona i wygięta felga - 500 zł straty. Pan Krzysztof wezwał policję (czekał trzy godziny), zrobił zdjęcia dziury, koła. Ale już od policjantów usłyszał, że ma marne szanse na odszkodowanie. Później to samo powiedzieli mu urzędnicy w wojewódzkim zarządzie dróg w Grodzisku Mazowieckim, gdzie składał wniosek. Po kilku tygodniach okazało się, że mieli rację. Inter-risk, firma, która ubezpieczała drogę, odmówiła wypłaty. Przyznała, że być może do wypadku doszło, ale zarządca dba o drogę i odszkodowanie się nie należy. Co ciekawe, za kolejne kilka tygodni dziury zostały załatane.
Dziura jest, ale nie nasza Poszukaliśmy w internecie i okazało się, że odmowa odszkodowania w tej sytuacji to normalna praktyka. Na forum-prawne.org i ubezpieczenia.com.pl, mnóstwo jest historii o urwanych amortyzatorach, zderzakach czy pękniętych osiach. Rekordzista uszkodził
auto na 12 tys. zł. A wiosną problem jest tym większy, bo dziur po zimie przybywa. Nie bez powodu na stronie Biura Rzecznika Ubezpieczonych porady, jak ubiegać się o odszkodowanie, znalazły się w zakładce "porady sezonowe".
Ile z nich jest odrzucanych? Ubezpieczyciele milczą, podobnie jak miejskie i wojewódzkie zarządy dróg, które wnioski o odszkodowanie, wysyłają od razu do nich (tak jest w
Łodzi, Krakowie czy
Wrocławiu).
Danymi pochwalił się jedynie stołeczny ZDM, który odrzuca aż 85 proc. wniosków (wszystkie sprawy rozpatruje sam). Dlaczego? Adam Sobieraj, rzecznik ZDM: - Gdy dany fragment drogi ma dziury, stawiamy znaki ograniczające prędkość, ale kierowcy często tych ograniczeń nie przestrzegają, co jesteśmy w stanie sprawdzić. Stąd tyle odmów.
W
Poznaniu dowiedzieliśmy się zaś, że tam już na wstępie co czwarty wniosek o odszkodowanie jest odrzucany, bo kierowcy uszkodzili auto nie na drodze miejskiej. - Przejazd kolejowy należy do PKP, torowisko tramwajowe do MPK, droga wewnętrzna do spółdzielni mieszkaniowej, a asfalt przy studzience do wodociągów. A gdy na drodze prowadzone są prace, to jezdnia może czasowo należeć do firmy budowlanej. Ustalenie zarządcy drogi to podstawa - mówi Tomasz Libich, specjalista ds. informacji publicznej poznańskiego ZDM.
Cierpliwość popłaca Ale to niejedyny problem. Krystyna Krawczyk z Biura Rzecznika Ubezpieczonych potwierdza, że kierowcy trudno udowodnić, że szkoda powstała z winy właściciela drogi: - Gdy dojdzie do wypadku, zapominamy o szukaniu dowodów. Zdarza się, że zarządca następnego dnia dziurę załata. A w takich sytuacjach potrzebni są świadkowie, np. okoliczni mieszkańcy, policja czy straż miejska.
Ile podobnych skarg trafia do rzecznika? Co dziesiąta dotyczy dziury w drodze. W ub.r. ponad tysiąc. Jednak biuro rzecznika uważa, że to i tak niewiele. - Bo ile osób napisze do rzecznika z tego powodu? - pyta retorycznie Krawczyk.
To, że o odszkodowanie trudno, potwierdza też Łukasz Sysik, prawnik z kancelarii prawnej Omega, która ma oddziały w 13 miastach. - Poza ustaleniem zarządcy drogi, trzeba też udowodnić wysokość szkody, czyli zebrać wszystkie rachunki za naprawę. Trzeba też zrobić dobre zdjęcie dziury, żeby było widać, że to właśnie ona uszkodziła nasze auto - mówi Sysik.
Dodaje, że później trzeba złożyć wniosek do ubezpieczyciela lub zarządcy drogi o odszkodowanie (ten ma 30 dni, by odpowiedzieć na nasze pismo. Ubezpieczyciela terminy te nie obowiązują) i wszcząć tzw. postępowanie ugodowe. Trwa ono ok. 2 miesięcy. - Na tym etapie jest dużo odmów, bo urzędnicy lub ubezpieczyciele myślą: nie zapłacimy, może nie pójdzie do sądu - mówi Sysik. - Ale warto do sądu pójść. Tylko wtedy trzeba być cierpliwym i nie kierować się emocjami. Ważniejsze są twarde dowody - dodaje.
Przeczytaj także: Potakuj urzędnikowi, bo ciebie zamknie Kościół o końcu świata w 2012 i Maryi