Z Tomaszem Karoniem rozmawia Michał Stangret
Z badań wynika, że oni o kryzysie doskonale wiedzą, ale równocześnie są przekonani, że znajdą inną pracę i dadzą sobie jakoś radę. Tu niewątpliwie mają rację. To pokolenie nauczyło się walczyć z pracodawcami o swoje, zna swoje prawa. Ale równocześnie warto się zastanowić, czy ewentualny kryzys nie zweryfikuje wielu rozbudzonych w ostatnich latach aspiracji dotyczących błyskawicznych awansów, rosnących zarobków. Ci ludzie wzlecieli w swoich oczekiwaniach wysoko. Czy ewentualny kryzys nie spowoduje, że będą z wysoka spadać? Takie niebezpieczeństwo istnieje . Ale ci ludzie na razie nie chcą o tym myśleć. Wszystko dlatego, że na razie zarabiają i kryzysu zatrudnienia tak naprawdę nie odczuli.
Co się musi stać, żeby ten ich optymizm dotyczący kariery nagle prysnął?
Nie wystarczy, by nagle zaczęły się pojawiać informacje, że w kolejnych firmach zaczynają się zwolnienia. Silnym sygnałem byłyby natomiast informacje, że inni tracą pracę i potem nie mogą jej znaleźć. To by dla młodych oznaczało niebezpieczeństwo, że podobna sytuacja może spotkać także ich samych. Zniknąłby też dzisiejszy komfort psychiczny, że jeśli nie ta, będzie inna firma. Dopiero wtedy optymistyczni dziś młodzi powoli zaczną weryfikować marzenia o karierze, zarobkach. Być może dojdzie do okopywania się w pracy, zmaleją roszczenia podwyżkowe. Ale nie będzie powrotu do sytuacji z 2003 roku. Wtedy 20-proc. bezrobocie totalnie ich zablokowało, nie mieli pojęcia, czego mogą od pracodawców wymagać. Dziś młodzi już są inni. Wiedzą, jak powinny wyglądać normalne stosunki pracodawca - pracownik. Dodatkowo teraz - w przeciwieństwie do tamtego okresu - otwarta jest też furtka do pracy na rynkach europejskich. Choć młodzi dziś deklarują, że nie mają zamiaru powtarzać tamtego exodusu, to wiedzą już, jak z tej ewentualności skorzystać. Pytanie tylko, czy ten wentyl bezpieczeństwa się nie zatka w sytuacji, gdyby kryzys dotknąłby w znaczącym stopniu także tamtych rynków pracy.
Rozczarowania młodych mogą być o tyle większe, że nie wykorzystali okresu prosperity na walkę o prawa pracownicze. Dlaczego?
Bo zachłysnęli się fiestą, wyższymi zarobkami. Byli w ogóle zaskoczeni, że oto nagle mogą czegoś wymagać od pracodawcy, że nie muszą się na wszystko godzić i można ot, tak, szefowi odmówić. Dlatego walka o prawa pracownicze w ogóle nie przyszła im do głowy: nie żądali umów o pracę, zatrudnienia na czas nieokreślony, wzrosła akceptacja umów-zleceń. Mieli komfort psychiczny, że w każdej chwili można odejść i zmienić pracę, że sami ustalają godziny pracy. Myśleli sobie "żyć, nie umierać". Dopóki z pracą nie będzie problemów, młodzi nie zrozumieją zalet umów na czas nieokreślony. Poczują je, gdy z dnia na dzień zostaną bez pracy. Teraz w okresie kryzysu na pewno trudniej będzie im cokolwiek wywalczyć.
Jak więc będą reagować, gdy także ich dopadnie kryzys?
Nie spodziewam się, by młodzi raptem się zjednoczyli w walce o prawa pracownicze, bo wciąż bardzo niechętnie podchodzą do wszelkiego rodzaju stowarzyszania się i wspólnego działania. Za to już teraz wielu młodych, których badaliśmy, daje sygnały, że będą starali się ewentualny zły okres przeczekać. Niektórzy zawieszają swoje plany. Wielu deklaruje, że wzięcie kredytów odkładają do wiosny. To na pewno utrudni wielu start w dorosłe życie, w usamodzielnienie się. Ale oni i tak wierzą, że ewentualne złe czasy miną tak szybko, jak przyszły.
Źródło: Dziennik Metro