Z prof. Hanną Świdą-Ziembą rozmawia Grzegorz Rudynek
Mam 29 lat, maturę zdałem dziesięć lat temu, od urodzenia mieszkam w Warszawie, pracuję w dużej firmie. Kim jestem?
- Jest pan nastawiony na osiągnięcie sukcesu, wierzy, że uda się zrealizować plany życiowe. Cechuje pana indywidualność, niezależność i tolerancja polegająca na tym, aby nie wyrażać publicznie ekstremalnych przekonań. Tak jak kiedyś moi rozmówcy, którzy mówiąc o okropnym nauczycielu, uważali, że za wszelką cenę trzeba znaleźć jego zalety. Ja to nazywam myśleniem "z jednej strony, z drugiej strony". Jest pan przystosowany do obecnej rzeczywistości.
Jaka to rzeczywistość?
- Pełna rywalizacji, którą przyniósł kapitalizm. Pierwszy raz zderzyło się z nią pokolenie wchodzące w dorosłość w latach '89-'93. Jedna czwarta tego pokolenia traktowała to jako szansę, mówiła o nowym życiu w odmiennym, ciekawym świecie. Ale aż 30 proc. tamtej młodzieży było zdania, że nadchodzą czasy, które odbierają życiu sens. Niektórzy mówili nawet o wyjeździe do Afryki, by tam nieść pomoc. Chcieli doświadczyć życia w miejscu, gdzie nie liczy się rywalizacja i pieniądze. Większość młodzieży tego okresu cechowała refleksyjność nad światem, słyszałam od nich pytania, skąd bierze się cierpienie, miłość. Zupełnie takie same pytania zadawaliśmy sobie po wojnie. Myślałam, że w kolejnych latach ta grupa stanie się dominująca. Ale tak się nie stało, pojawiło się pokolenie przystosowane do rzeczywistości.
Czyli moje?
- Tak. Dla prawie wszystkich rywalizacja stała się elementem codziennego życia - wygodnym lub nie, ale obecnym.
I rywalizujemy?
- Ale tylko o swoje. O podwyżkę, o awans, o lepszą posadę. Ale nie wtedy, jeśli problem dotyczy większej grupy ludzi. Gdy zapytano uczniów, za co czują się odpowiedzialni, mówili, że za wyniki w nauce. Nie czuli się odpowiedzialni za to, co dzieje się w klasie.
Jesteśmy skazani na rywalizację?
- To od was zależy. Bo planujecie swoje życie, ale o wszelkich zmianach decyduje impuls. Np. młody człowiek pokłóci się z szefem, rzuci firmę i zacznie pracować w organizacjach pozarządowych. Tacy ludzie później opowiadają, że odejście z bezdusznej firmy było dla nich największych szczęściem. Oddychają z ulgą, że znaleźli swoje miejsce na ziemi, gdzie jest spokój, nie są potrzebne im pieniądze i nie muszą z nikim rywalizować.
Skoro walczymy tylko o swoje, to znaczy, że nie jesteśmy zdolni do buntu jako grupa?
- Tak, bo uważacie, że światem rządzi przypadek i działania nic nie zmienią. Nawet jak wam się coś nie podoba - agresja, brak tolerancji - to nie protestujecie, myślicie, że jest to poza zasięgiem waszego oddziaływania. Nawet kiedy protestowaliście, np. przeciwko globalizacji, to raczej dla atrakcyjnego przeżycia zbiorowego. Bo samego procesu nie zatrzymacie.
Ale jest nas, ludzi urodzonych w okolicach roku 1980, chyba z kilkaset tysięcy.
- To nic nie zmienia. Nie macie świadomości, że stanowicie jedno pokolenie. Wygrywa rywalizacja i walka o swoje. Powtarzam: nie czujecie się odpowiedzialni za decyzje podejmowane zbiorowo.
To chyba niebezpieczne, bo przed dojściem do władzy możemy nie powstrzymać osób o skrajnych poglądach.
- Niekoniecznie. Pokazaliście to podczas ostatnich wyborów, gdy zagłosowaliście na PO. Właśnie młodym nie spodobało się, że PiS chce ich ograniczać, nie ceni indywidualizmu, jest nietolerancyjny. Chce stworzyć wroga i mówić, jak mają żyć.
Marzymy o czymś?
- O rodzinie. Ale tylko idealnej. Młodzi ludzie opowiadają, że rodzina musi być pełna przyjaźni, miłości, wierności, zrozumienia. I boją się, że kiedy już ją założą, to nie będzie idealna. Ale zakładają, choć raczej późno, i potem pokazują mi zdjęcia swojej rodziny, mówią, jacy są szczęśliwi i jak o nią dbają.
Źródło: Dziennik Metro