Rozstawać się z marzeniami jest niezwykle trudno. A młodzi Polacy w wieku 24-34 lat przynajmniej na razie w ogóle nie chcą o tym słyszeć. Wydają się impregnowani na kolejne informacje o upadkach banków, dołkach giełdowych, możliwym wzroście bezrobocia.
Tylko najstarsi z nich (30-34-latkowie) na własnej skórze odczuli 20-proc. bezrobocie, kiedy praca była luksusem. Ale zarówno oni, jak i młodsi (24-29 lat) w ostatnich latach prosperity poczuli się bezpiecznie i pewnie na rynku. To grupa 7 milionów pewnych swej wartości, dobrze wykształconych pracowników.
Są przekonani, że to oni przebierają w pracodawcach, a nie odwrotnie. Jak coś im się nie podoba w pracy, po prostu odchodzą, bo wiedzą, że bez trudu znajdą sobie fajne zajęcie. Aby zachować komfort wolności, godzą się pracować na elastycznych umowach.
O bezrobotnych mówią krótko: są sami sobie winni, widać nie chcą pracować (to dramatyczna zmiana postawy w stosunku do sytuacji sprzed pięciu lat).
Jeszcze kilka lat temu wielu z nich jechało za chlebem do Londynu, Norwegii. Dziś nie chcą myśleć o emigracji zarobkowej.
O zgodzie na obniżenie pensji nie ma już dziś mowy (są prawie cztery razy mniej skłonni do takiego poświęcenia w obronie posady niż pięć temu).
Podchodzą do życia racjonalnie. Praca oznacza przede wszystkim dobrą pensję. A jeszcze pięć lat temu podkreślali przede wszystkim dobrą atmosferę (żeby szef traktował ich po ludzku i się nie wydzierał). Dziś ważniejsze jest, aby była lekka, blisko domu (może nie być prestiżowa), bez nadgodzin, konieczności zabierania pracy do domu.
Pytanie, czy to dobre samopoczucie młodych Polaków może się nagle skończyć. Nasi dzisiejsi rozmówcy są dobrej myśli. Podkreślają, że mamy do czynienia z najlepiej wykształconą i przygotowaną do życia w gospodarce rynkowej generacją Polaków. To ich atut w obliczu ewentualnego kryzysu.
Sęk w tym, że oni sami do jakości swojego wykształcenia podchodzą sceptycznie. Według nich dziś tytuł magistra nic nie daje. Czy faktycznie nastąpiła dewaluacja wykształcenia?
Źródło: Dziennik Metro