Coraz więcej młodych osób uważa, że sam tytuł magistra nie gwarantuje kariery i awansu. Jedynie co trzeci aktualny absolwent w to wierzy. A jeszcze pięć lat temu w magię tytułu mgr wierzyła prawie połowa młodych z wyższym wykształceniem.
Ale równocześnie
pokolenie wyżu wie, że bez mgr przed nazwiskiem o żadnej karierze nie może być mowy. "Dyplom po prostu trzeba mieć" - takie opinie powszechnie pojawiały się podczas badań, które przeprowadziło SMG/KRC na zlecenie "Metra".
Skąd więc ta dewaluacja dyplomu? To efekt masowej produkcji magistrów na prywatnych wyższe uczelniach w ostatnich latach. Mimo, wydawałoby się, wystarczającego wykształcenia mają kłopoty ze znalezieniem satysfakcjonującej pracy. Młodzi wiedzą więc, że aby się wyróżnić w oczach pracodawcy, trzeba pokazać więcej. Widzą też, że
szkoły nie uczą tego, czego wymagają pracodawcy. "
Studia nie przygotowały mnie do pracy, którą wykonuję", "W pracy musiałem przejść szkolenia i dopiero one mnie nauczyły" - to powszechne dziś opinie.
Zaczęli się więc doszkalać. Jedni szkolą się u pracodawcy, inni za własne pieniądze: robią kursy, po trzy fakultety, podyplomówki. Wszystko po to, by
mieć jeszcze lepszą pracę, by jeszcze szybciej awansować, by wyprzedzić konkurencję.
W tym wszystkim wydają się mieć rozdwojenie jaźni: jedni specjaliści tłumaczą im, że lepiej edukować się wszechstronnie w kilku dziedzinach, bo wtedy przy zmieniających się trendach na rynku pracy nie zostaną na lodzie. Inni sugerują głęboką specjalizację w jednej dziedzinie.
Najczęściej jednak i tak lądują nie tam, gdzie ich tak naprawdę ciągnie (dla młodych nie jest tak ważne, by praca była interesująca), ale tam, gdzie im więcej zapłacą (to dziś dla nich priorytet). I tak psycholog pracuje jako sprzedawca, historyk jako dziennikarz, socjolog jako bankowiec, a fizyk redaguje internetowe serwisy plotkarskie.
Bo często kończą kierunki, które, choć były modne i dobrze opłacane kilka lat temu, to dziś nie ma na nie już takiego popytu.
Na razie jest fiesta, bezrobocie im nie grozi, ale co się stanie, gdy zapuka do drzwi?
Nadzieja w tym, że - jak tłumaczył wczoraj na łamach "Metra" Łukasz Lipiński z "Gazety Wyborczej" -
to pokolenie da sobie radę, bo jest najlepiej wykształconą generacją Polaków. Ale czy można pokładać nadzieję w tym, że to właśnie wykształcenie ich uratuje, skoro oni sami już dziś mają świadomość, że jest ono niewiele warte?