http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Skończyłam studia jako potencjalna bezrobotna

wysłuchała Kinga Graczyk
2008-12-10, ostatnia aktualizacja 2008-12-10 19:31

Kiedy szłam na studia, wydawało mi się, że wybieram kierunek idealny - nie dość, że uwielbiam to, co będę studiowała, to będę miała zagwarantowaną pracę. Niestety, nim skończyłam wymarzony kierunek, wszystko się zmieniło i z marzeń niewiele zostało

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Nazywam się Justyna Garus, mam 27 lat, jestem mężatką. Pasjonuję się fotografią, chciałabym rozwijać tę pasję i pojechać do miejsc, które mogłabym uwiecznić na zdjęciach - do Peru i Egiptu. A z wykształcenia jestem fizykiem komputerowym. Kiedy mówię to komuś po raz pierwszy, niemal zawsze spotykam się z identyczną reakcją: o Boże!

Ale od początku. Wybierałam kierunek świadomie. Chciałam studiować coś, co lubię, a jednocześnie gwarantuje pracę. Fizyka komputerowa wydawała mi się czymś niemal idealnym. Od dziecka pasjonowałam się tą dziedziną nauki, a dodatkowo w Częstochowie jeden z dużych zakładów pracy planował właśnie uruchomienie sporego laboratorium badawczego, w którym chcieli zatrudniać właśnie fizyków. Wyjaśnię, że fizyka komputerowa zajmuje się m.in. robieniem komputerowych symulacji zjawisk fizycznych. Myślałam też o zrobieniu doktoratu. Jak wyglądały studia? Zaczynało 60 osób. Według mojej oceny 80 proc. z nich to ludzie, którzy studiowali ten kierunek, bo uciekali przed wojskiem czy z innych, równie nieciekawych pobudek. Nie było łatwo, bo to trudny kierunek i naprawdę trudne studia. Skończyło 12 osób, z czego zaledwie kilka faktycznie interesowało się fizyką. Do poziomu wykładowców nie mam żadnych zastrzeżeń.

Jeszcze na IV roku studiów w pył rozwiały się moje marzenia o doktoracie i pracy. Na Politechnice Częstochowskiej ogłoszono bowiem, że nie będzie miejsc na doktoratach. Koniec, kropka. A zakład, który miał otwierać laboratorium, zrezygnował z tego pomysłu. Kończyłam studia już ze świadomością, że wkrótce będę dobrze wykształconą bezrobotną. Pierwsze trzy miesiące po studiach spędziłam na zakreślaniu ogłoszeń o pracę i rozsyłaniu swojego CV. Początkowo szukałam pracy w zawodzie, ale nikt nie zaprosił mnie nawet na spotkanie. Z jednej firmy dostałam lakoniczną odpowiedź, że nie mają etatów. Później wysyłałam już gdzie popadnie. Kiedy moi potencjalni pracodawcy pytali mnie o wykształcenie, słysząc odpowiedź, reagowali jak wszyscy inni: o Boże. A przecież na Zachodzie fizycy są w cenie i dostają dobre posady. W Polsce pracodawcy nie wiedzą, co robić z fizykiem komputerowym. Planowałam nawet wyjazd za granicę. Rozważałam Anglię, Australię, Stany Zjednoczone oraz Kanadę. Plany związane z Australią były najbardziej zaawansowane. Zdążyłam się upewnić, że tam mam gwarancję pracy w zawodzie. Ale z planów nic nie wyszło, bo... wyszłam za mąż.

Kiedy jeszcze studiowałam, dorabiałam sobie w biurze rachunkowym. I tak oto, z konieczności, zajęcie, które miało być dorywczym, stało się głównym. Teraz mam pracę, w której zarabiam więcej niż większość moich znajomych i mam perspektywy rozwoju i awansu. Sama, na własną rękę postanowiłam, że uzyskam przynajmniej tytuł technika rachunkowości. Chcę po prostu wiedzieć, co robię i dlaczego. Sprawdzam faktury i rachunki i robię to wedle instrukcji, jakie otrzymałam. Ale wiadomo - nawyki fizyka. Fizyk nie bierze niczego na wiarę, tylko przeprowadza dowód. No, chyba że chce wzywać straż pożarną.

Wciąż myślę o doktoracie. Przez moment myślałam, by robić go w Gdańsku. Jeśli mój mąż znajdzie lepszą pracę, wrócę do tych marzeń, wtedy będzie nas stać, bym robiła doktorat za własne pieniądze.

Źródło: Dziennik Metro
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów